Kategorie
OPINIE

Wielkie i małe zaklęcia – cz. VI Kawaii

Wszak Japończycy to ponoć najbardziej zaawansowana technologicznie i kulturowo nacja. Żyjemy w czasach niepewnych. Co dzień ktoś, nie zawsze do tego powołany, wieszczy nam przyszłość, strasząc ekologicznymi, czy społecznymi, kataklizmami. Niektóre ze zmian, które jeszcze przed nami, są już codziennością mieszkańców Japonii.

W 2004 roku Joanna Bator opisywała w swoich felietonach pt. „Japoński Wachlarz”, że Japończycy w miejscach publicznych chodzą w maseczkach na twarzy. Autorka dziwiła się też, że nie rozstają się ze swoimi telefonami, które służą im nawet do płacenia w sklepach. W tym samym czasie kieszenie najbardziej zaawansowanych technologicznie Polaków wypychały Nokie 3510, ze srebrnymi guziczkami i małym zielonym ekranikiem.

Już na początku nowego tysiąclecia autorka „Purezento” opisywała filozofię Kawaii (nie mylić z „Kawai” – marką produkującą instrumenty), która w dużym uproszczeniu tłumaczy się na angielskie cute i jest japońskim odpowiednikiem duńskiego hygge. Jednak to co dla Japończyka jest kawaii, na pewno nie będzie hygge dla Duńczyka. Japoński przymiotnik kawaii uosabia też wszystko co jest absolutnym zaprzeczeniem szwedzkiego lagom, jest zaprzeczeniem  oszczędności, powściągliwości, równowagi, unikania skrajności i życia w zgodzie z naturą. Kawaii jest zatem urocze, ale na specyficzny, plastikowy, pstrokaty, sposób. Kawaii posiada, w przeciwieństwie do skandynawskiego umiaru, silnie emocjonalny, ekspresyjny, często infantylny charakter. Pokemon jest kawaii i podobnie, jak inne japońskie zjawiska kulturowe, dotarł do nas w szczątkowej formie, bez szans na odczytanie całego zaplecza kulturowego, które za Pokemonem stoi. Tak samo rzecz ma się z mangą, anime i sushi. Kiedy niektórzy księża i środowiska katolickie ostrzegały przed maskotkami Hallo Kity, czy księżniczkami Witch, jako atrybutami szatana, to po prostu opatrznie odczytały (coś czytały?) konteksty kulturowe związane z kulturą kawaii. Pal licho, jeżeli nie odczytujemy japońskich kodów kulturowych i bezbronną Hello Kity (rocznik 1974) wysyłamy do piekła. Co powiedzieć o tych, którzy uważają, że różaniec może być bojowy, zaopatrzony w duże metalowe kulki i służyć – jak mówi Wojciech Cejrowski – do „smagania wrogów kościoła”?

Tym, którym wydaje się, że edukacja kulturowa zajmująca się świadomym odczytywaniem kodów kulturowych, to błaha kwestia, w czasach pandemii, niech będzie wiadomo, że ostatnio mój kolega – stateczny pan biznesmen, został wyzwany od „pedałów”, bo śmiał chodzić po naszym szarym mieście w kolorowej koszuli. Niedawny marsz nacjonalistów w Katowicach, czy zarekwirowanie koleżance kolorowych balonów przez policję, to dla mnie sygnały, że sprawy edukacji kulturowej nam się wymknęły.

Wyedukowany w dziedzinie Pokemonów, dowiedziałem się zatem, że kawaii nie jest pluszową armią szatana, a jedynie niezrozumiałym nam europejczykom, infantylnym światem milutkich, bezbronnych istot, rzeczy i zjawisk, które w swej istocie są ucieczką od dorosłości w bezpieczny świat dzieciństwa. Bo jeśli człowiek zachodu, wraca z tęsknotą do czasu młodości, gdy był piękny, wolny, niezależny i bez zobowiązań, to przeciętny Japończyk pała nostalgią za czasem dzieciństwa, gdy nie zapędzono go jeszcze w represyjny świat szkoły, wybaczano mu błędy i kaprysy. Postawa ta wydaje się niedojrzała i pozbawiona racji bytu w zachodniej kulturze. Czy aby na pewno? Zastanawiam się, odnotowując, że wrzucona przeze mnie na Instagram podobizna kota jedzącego z miseczki, ma więcej polubień niż wszystkie poważne artykuły i komentarze, które umieściłem wcześniej w sieci. (I kto daje lajki? moi znajomi – refleksyjni i rozgarnięci ludzie). Przez Japończyków zeszliśmy na psy, koty, wrzucane do sieci zdjęcia talerzy z jedzeniem, kwiatki i serduszka. Przesłodzone obrazki, które otrzymujemy od rodziny na wszelkich komunikatorach, są właśnie kawaii. 

Skoro japońskie wzorce kulturowe przechodzą do nas nieuchronnie, choć z opóźnieniem, to powróżmy z fusów japońskiej zielonej herbaty, jaka przyszłość nas czeka, w czym mamy szanse pójść w ślady naszych braci z kraju kwitnącej wiśni, a co być może nie przyjmie się u nas nigdy.

Paczinko – gra hazardowa dla mas. Salonów gier Pachinko, które przypominają nieco znane u nas jeszcze z lat osiemdziesiątych flipery, jest w Japonii więcej niż sal kinowych, cieszą się też większą popularnością i przynoszą bilionowe zyski, znacznie większe niż cały przemysł kinowy. W Polsce hazard i zamiłowanie do gier losowych zawsze stanowiło tylko margines. Nie przyjęły się u nas tak popularne w innych krajach sale bingo, brydża dla seniorów, ni żadne inne, masowo odwiedzane miejsca gier. Czy ma u nas szansę powodzenia jakaś gra, która uwiodłaby miliony Polaków, podobnie jak Paczinko? Stojąc w korku za dwudziestoletnim BMW z napisem „Sfinansowano z 500+”, przez chwilę ulegam złudzeniu, że też mamy własną, narodową loterię.

Cosplay – nieco przebrzmiała moda na przebieranie się w postacie księżniczek, wojowników z bajek, mangi, komiksów czy gier komputerowych. W odróżnieniu od naszych strojów karnawałowych, Japończycy podchodzą do sprawy poważnie, bez przymrużenia oka. Stylizacje zwłaszcza młodych cosplayerek są kosztowne, przygotowane z wielką pieczołowitością i fantazją. Moda jakoś nas ominęła, nie licząc miłośników rekonstrukcji historycznych i aktywnych ostatnio Żołnierzy Chrystusa (panowie od różańca bojowego), ale w tym ostatnim przypadku – stylizacyjna bida –  czarny t-shirt z nadrukeim i fryzura na zapałkę. Z cosplayem łączy się określenie burikko – japońskiej lolitki – dziewczyny, która zachowując się w sposób dziecinny, ucieka od obowiązków i stereotypów narzuconych kobiecie przez tradycyjną japońską kulturę. Burikko też jest kawaii.

Manga, czyli w dużym uproszczeniu japoński komiks, jest tekstem czytanym równie chętnie przez ludzi młodych, co statecznych biznesmenów, czy miłośniczki pielęgnacji ogrodów. Tematyka, tego gatunku może być najróżniejsza, czasem – mimo obrazkowej formy, kojarzonej u nas z literaturą dziecięcą – przybiera bardzo radykalne formy. W popularnej mandze Prison School – dominuje tematyka sado-maso. Nikogo nie dziwi widok urzędnika czytającego w pociągu do pracy mangę, w której nieletnia burikko, poddawana jest torturom, przy których Teksańska masakra piłą mechaniczną, wydaje się łagodnym kinem familijnym. Japończycy mają upodobanie w ambiwalentnej, często drastycznej tematyce, przy czym Japonia pozostaje krajem o najniższym poziomie przestępczości. Nie jest zatem tak, że kiedy mieszkańcy zobaczą drastyczną sztukę,  która szarga symbole, to staną się zaraz bezideowcami mordującymi sąsiadów na ulicach. Co za ulga. Panowie radni – może nie musicie mnie już bronić przed kontrowersyjnymi spektaklami?

Z powszechnością czytania mangi wiąże się ogólna powszechność czytelnictwa w Japonii.

Mimo, iż pandemia Covid-19 pozwoliła nam mieć więcej czasu dla siebie, prawdopodobnie znów 60% Polaków nie przeczyta w tym roku ani jednej książki. Za to poziom czytelnictwa w Japonii wynosi niemal 100% i – o zgrozo panie bibliotekarki! – ponad 60% książek czytanych jest na smartfonach. Frapujących zjawisk kulturowych, które zbliżają się do nas, nieustępliwie niczym wirusy, jest wiele. Osobne teksty napisać by można o Takarazuka – niezwykle popularnej rewii, w której zarówno role żeńskie, jaki męskie grane są przez kobiety, i w tych ostatnich kochają się japońskie gospodynie domowe, Rabuho – hotelach miłości, gdzie pary mogą w spokoju oddać się namiętnościom, z dala od swoich ciasnych, zamieszkałych przez kilka pokoleń mieszkań, czy właśnie rodzinie Hello Kitty. Godne analizy jest też pozornie zaadoptowane już przez Polaków zjawisko karaoke. Dlaczego publiczne śpiewanie jest powszechne w narodzie, który uchodzi za powściągliwy, zuniformizowany i skupiony na pracy? Mimo, że – podobnie jak Polakom – również i Japończykom w czasie popisów wokalnych towarzyszy czasem alkohol, to jednak, większość z nich ma przygotowane i przećwiczone własne interpretacje ulubionych przebojów, którymi chętnie i z wprawą popisuje się przed rodziną i znajomymi z pracy. Nie jest to fałszywy bełkot, przy którym więdną uszy, a całkiem poprawne i czysto zaśpiewane piosenki. Japończycy – inaczej, niż my – żyją w przekonaniu, że zarówno śpiewanie, jak i inne formy aktywności twórczej, są kwestią ćwiczeń i regularnej pracy, nie zaś talentu. W Japonii nie istnieje powiedzenie „słoń nadepnął mi na ucho”, zwalniające raz na zawsze z obowiązku jakichkolwiek prób wokalnych, nie istnieje japoński odpowiednik piosenki „Śpiewać każdy może”, która jest ironią na śpiewających inaczej. W Japonii być może nie istnieje nawet ironia.

Dlatego zarówno do przebrań, śpiewania piosenek, czy innego hobby, Japończycy podchodzą z upodobaniem ale i poważną regularnością i zapałem. Nikt nie wyśmiewa menadżera, który po pracy zdejmuje garnitur i zajmuje się jakąś formą ekspresji twórczej. Kiedy dyrektor regionalnego wydziału oświaty w Japonii po pracy uwolni swoje długie włosy z frotowej gumki i spotka się z kolegami z death metalowej kapeli, staje się gitarzystą death metalowej kapeli. Jego polski odpowiednik pozostaje dyrektorem wydziału oświaty, który właśnie robi z siebie idiotę.

Podobnie jak w przypadku czytelnictwa, większość japońskich mężczyzn i kobiet przyznaje, że regularnie oddaje się jakiejś pasji.

Kiedy oni znajdują na to czas, wszak badania wskazują, że są najbardziej zapracowanym narodem na świecie?

Ale to przecież my Polacy jesteśmy najbardziej zapracowanym narodem na świecie i na podobne głupoty, jak bonsai, kintsugi, kabuki, czy nawet rodzime śpiewanie w chórach, w dorosłym życiu nie mamy czasu.

Kategorie
INSPIRACJE

Ekologiczny dom

Pewne jest również, że elementy środowiska naturalnego mogą zwiększyć poczucie szczęścia i dobrego samopoczucia wśród ludzi. Badania wykazały, że kontakt z naturą, świeże powietrze, brak hałasu obniża stres, podnosi nastrój, sprawia, że czujemy się bardziej zrelaksowani.

W przyszłości jednak ludzie będą musieli zmierzyć się z problemami, które przyczyniają się do wielu chorób cywilizacyjnych, a także z przewlekłym stresem, coraz szybszym tempem życia, brakiem zieleni i światła dziennego w miastach i mieszkaniach.

Będąc coraz bardziej świadomymi negatywnych skutków działalności człowieka na Ziemi, ludzie zaczną walczyć ze zmianami środowiskowymi i klimatycznymi. Siłę znajdą w przekonaniu, że zielona infrastruktura oraz ekologiczne standardy są niezbędne dla ich zdrowia i samopoczucia. Dobrym przykładem takiego podejścia są działania departamentu Nowego Jorku, w którym budżet przeznaczony na pielęgnację oraz rozwój parków wyniósł w 2018 r. 22 mln dolarów. Oszacowano jednak, że roślinność przyczynia się m.in. do poprawy samopoczucia mieszkańców, oszczędności energii czy unikania kosztów związanych z likwidacją szkód powodziowych. Korzyści zieleni w Nowym Jorku przynoszą miastu, według obliczeń, ok. 120 mln dolarów, czyli prawie 6 razy więcej niż koszty inwestycji.

Projektanci i architekci coraz częściej dostrzegają znaczenie i korzyści łączenia natury z designem. Biofilia, czyli przywiązanie do natury, staje się integralnym elementem nie tylko aranżacji wnętrz, ale i architektury oraz planowania. Ekologiczne rozwiązania i zieleń stają się zauważalnym i rosnącym trendem także w mieszkaniach. W przyszłości wzorem staną się budynki i mieszkania, które maksymalizują korzyści dla ludzi przy minimalizowaniu ich wpływu na środowisko i planetę. Mieszkania przyszłości staną się samowystarczalne (również pod względem energetycznym) i ekologiczne (również pod względem budulca), przystosowane do klimatu.

Artykuł zaczerpnięty ze strony infuture institute.pl

Kategorie
INSPIRACJE

Ściągnij van Gogha na telefon

Arts & Culture

Stworzona przez Google aplikacja odpowie praktycznie na każde pytanie z dziedziny kultury. Możemy z jej pomocą poczytać o artystach, zwiedzić odtworzone w świecie wirtualnym zabytkowe miejsca, a nawet dowiedzieć się o wydarzeniach kulturalnych, które ukształtowały nasz świat. Zyskujemy dostęp do wielu zbiorów muzealnych, tysięcy zdjęć, filmów, rękopisów i dzieł sztuki, z których możemy układać własne kolekcje. Aplikacja ma mnóstwo funkcji, w tym VR, a w wyszukiwaniu pomagają filtry, które pozwalają doświadczać sztuki w wybrany przez nas sposób, np. w oparciu o kolory. Najbardziej znaną jednak funkcją aplikacji jest „Art Selfie” – oprogramowanie, które do zdjęcia naszej twarzy dopasuje idealnego sobowtóra w postaci bohatera któregoś ze znanych obrazów.

Aplikacja dostępna na smartfony z systemem iOS i Android.

Sotheby’s

Aplikacja stworzona pod skrzydłami jednego z największych domów aukcyjnych na świecie. Przybliży ona nie tylko najbliższe terminy odbywających się u nich licytacji, ale także liczne ciekawostki. Możemy dowiedzieć się więc nie tylko kto, co, jak, dlaczego i za ile, ale także zbadać każdy element dzieła za pomocą zdjęć panoramicznych albo poczytać artykuły powstające specjalnie pod kątem aukcji. Serwis zapewnia też dostęp do wiedzy o światowej klasy specjalistach z każdej dziedziny – od starych mistrzów po tych tworzących sztukę współczesną; od klasycznych mebli francuskich do nowoczesnego designu; od fotografii po biżuterię, zegarki, a nawet wino. 

Aplikacja dostępna na smartfony z systemem iOS i Android.

DailyArt 

Polska aplikacja istniejąca na rynku od 2012 r., która każdego dnia wysyła powiadomienie o innym klasycznym dziele sztuki. DailyArt pozwala nie tylko oglądać grafiki i czytać opisy dotyczące obrazów i ich aktorów, ale także wyszukiwać ulubione dzieła, zapisywać je i dzielić się nimi ze znajomymi. 

Aplikacja dostępna na smartfony z systemem iOS i Android.

Muzei

„Żywa tapeta”, która dzięki współpracy z WikiArt, każdego dnia wyświetla na tapecie naszej komórki inne słynne dzieło sztuki. O użytych obrazach możemy czytać, wysyłać je znajomym, a nawet sprawdzić w archiwum, jaką grafikę mieliśmy wyświetloną kilka lat wcześniej. System zapewnia możliwość dostosowywania tapety do naszego ekranu dzięki funkcjom rozmazania, przyciemniania i dekoloryzacji.

Aplikacja dostępna na smartfony z systemem Android.

Bosch VR

Oprogramowanie używające wirtualnej rzeczywistości, które dogłębnie zapozna nas z jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów Hieronima Boscha, „Ogrodem rozkoszy ziemskich”. Pomysł został zrealizowany z okazji pięćsetnej rocznicy śmierci wielkiego wizjonera i zarazem jednego z najważniejszych artystów w historii. Oprócz zbliżania fragmentów obrazu i czytania o nim, aplikacja daje możliwość przejechania się latającą rybą, porozmawiania z owocami, zwiedzenia piekła i posłuchania diabelskiej muzyki – czego innego jeszcze potrzeba?

Aplikacja dostępna na smartfony z systemem iOS i Android.

Smartify

Pomysłodawcy Smartify nawiązali współpracę z najważniejszymi muzeami z całego świata, aby sprawić, żeby zwiedzanie było jeszcze łatwiejsze i ciekawsze. Platforma cały czas się powiększa, ale już dziś bez wychodzenia z domu możemy zobaczyć na przykład zbiory Luwru, National Gallery czy Muzeum Dziedzictwa Indii w Singapurze. Smartify zapewnia dostęp do podstawowych informacji, jak godziny otwarcia oraz ceny biletów, ale również publikuje informacje o artystach i ich dziełach. Aplikacja posiada też funkcje skanowania obrazów, a więc jest tym, czym Shazam dla muzyki. 

Aplikacja dostępna na smartfony z systemem iOS i Android.

Rijksmuseum

Amsterdamskie muzeum oferuje aplikację, dzięki której możemy samodzielnie zorganizować wycieczkę multimedialną. System oferuje mnóstwo funkcji – od kupowania biletów, przez propozycje ścieżek zwiedzania, aż po dostęp do mnóstwa informacji czy prezentacji obrazów w formacie 3D. A warto dodać, że Rijks szczyci się jedną z najlepszych zdigitalizowanych kolekcji na świecie.

Aplikacja dostępna na smartfony z systemem iOS i Android.

Ask Mona

Chatboty przenikają do sfery sztuki. Zwane też wirtualnymi asystentami programy mają na celu uproszczenie interakcji między ludźmi a komputerami. Korzystające ze sztucznej inteligencji oprogramowanie może symulować rozmowę z użytkownikiem poprzez przesyłanie do niego wiadomości. Wielkie uznanie na tym polu zdobył bot „Ask Mona”, nazywany czasem „pierwszą sztuczną inteligencją poświęconą kulturze”. Aplikacja skupia się na ekspozycjach, muzeach, pomnikach, wydarzeniach historycznych i zabytkach Francji rekomendowanych z uwzględnieniem preferencji i zainteresowań użytkowników. Monę można znaleźć na Facebooku. Na razie dostępna jest jedynie w języku francuskim, ale angielski jest już wdrażany i pojawi się lada chwila.

Artykuł opublikowany na stronie Papaya.Rocks


Kategorie
OPINIE

Wielkie i małe zaklęcia, cz. V – „Flow”

Bo flow w muzyce to rzecz ważna. Badania przeprowadzone przez platformę Deezer w 2019 roku, ujawniły, że słuchanie muzyki poprawia przepływ krwi w organizmie. Badacze sugerują, że optymalna dzienna dawka muzyki to ok. 70 minut. Muzyka jest przez nas odbierana nie tylko przez zmysł słuchu, ale – zdaniem wielu muzyków – przepływa przez całe nasze ciało i rezonuje w nim. Muzyka pomaga często w sprawach nieoczywistych: utwór „Don’t Stop Me Now”, zespołu Queen grany w tempie 100 uderzeń na minutę, jest wymieniany jako najlepszy podkład do wykonywania skutecznej resuscytacji. Wielu muzyków m.in. Carlos Santana, BB King, czy Leszek Możdżer, w wywiadach podkreślają, że na koncertach nie tyle grają, co raczej pozwalają by muzyka przepływała przez ich ciała. To właśnie nazywamy flow w muzyce.

„- Co ty k… wiesz o flow?”, mogliby powiedzieć znajomi muzycy, którzy wracając samochodem z Warszawy, gdzieś na skrzyżowaniu w Jankach, umówili się, że będą w myślach odtwarzać pewien standard jazzowy. Ustalili budowę utworu, jego tempo, miejsca na improwizacje, a później umówili się, że w trzynastym takcie ósmego chorusu, jednocześnie klasną w dłonie. Aby sprawę utrudnić, włączyli w samochodzie radio i raczyli się konwersacją na tematy nie związane z muzyką. Samochód jechał na południe, zatrzymywał się w korku, w radiu grały zupełnie inne niż w głowach jazzmanów melodie… Po kilkunastu minutach wszyscy bezbłędnie, równocześnie klasnęli w dłonie.

Ale i to jeszcze nic: kolega z katowickiej Filharmonii zapewnia, że wielu muzyków w orkiestrze słyszy kolorami.

Na świecie jest też spora grupa sceptyków, twierdzących, że flow w muzyce skończyło się w 1917 roku. Rok ten przywoływany jest jako data przejścia z tzw naturalnego stroju A – 432 Hz na 440 Hz. Spiskowa – zdaniem wielu – teoria ma również i w Polsce swoich zwolenników. W stroju 432 grają m.in. dwaj Leszkowie: Leszek Cichoński i wspomniany Leszek Możdżer (drugi Leszek to właściwie pseudonim artystyczny, bo nasz pianista ma na imię Lesław). Są i tacy, którzy winę na zniszczenie naturalnego flow w muzyce zrzucają na nazistowskie Niemcy, bowiem w maju 1939 roku, International Standarizing Organization (ISO) za namową Radia Berlińskiego zorganizowała w Londynie konferencję, na której ustalono międzynarodową normę strojenia. Nie da się zaprzeczyć, że w owym czasie Radio Berlińskie było propagandową tubą JosephaGoebbelsa i to sam Goebbels stoi ponoć za wyborem 440 Hz.

Pojęcie muzycznego flow, jest też wdzięcznym tematem w literaturze. Bohater powieści Lewisa Shinera pt. „Mgnienia”, ma takie flow, że potrafi myślami zapisywać na taśmę magnetyczną, niezarejestrowaną wcześniej muzykę ulubionych artystów. W ten sposób powstają nigdy wcześniej nie rejestrowane nagrania The Doors, Hendrixa, czy The Beatles. W istocie książka rozlicza się z mitem kultury dzieci kwiatów. Autor stawia tezę, że rewolucja Flower Power,  przez używki i konsumpcjonizm, utraciła swoją energię, społeczne flow, czego konsekwencje odczuwamy do dziś. Bo – poza „team flow” – zdaniem autora istnieje też „generation flow”  i „nation flow” i o tym ostatnim mówił pewnie mój kolega. Nie ma to nic wspólnego z muzyką. Bardziej już ze wspomnianym na początku kotem sąsiadów. Koty jak i inne zwierzęta, żyją rytmem wyznaczanym przez naturę. Życie przepływa przez nie, w naturalny, kierowany instynktem sposób, Przepływ ten rządzi ich poczynaniami. My ludzie mamy kulturę, która staje często na przeszkodzie, by w pełni odczuwać ów naturalny, dany nam przecież, jako ssakom przepływ energii. Co rusz poszukujemy go tworząc różne kulturowe konstrukty. Wracamy do praktyk medytacyjnych, jogi, mindfulness. Artyści, nie tylko muzycy, poszukują tego stanu w swojej twórczości. Virginia Woolf pisze: „Czuję jak rodzi się we mnie tysiąc zdolności. Jestem na przemian figlarna, wesoła, rozmarzona, melancholijna. Jestem czepiona dna, lecz płynę”.

Biorąc pod uwagę konotacje z naturalną energią, a nawet ezoteryką, nie jest wcale oczywiste, że pojęcie flow, znane jest głównie w biznesie i teoriach zarządzania zespołami ludzkimi. Twórcą koncepcji flow, jaka najbardziej upowszechniła się w zbiorowej świadomości, jest psycholog węgierskiego pochodzenia Mihály Csíkszentmihályi. Według tego naukowca, stan flow to skupienie się na pracy, dające satysfakcje i odprężenie. Praca taka powinna być wykonywana z motywacji wewnętrznej. Pracując nie obawiamy się porażki, bo, poza motywacją, posiadamy też odpowiednie umiejętności. Poza tym lubimy swoją pracę, wykonując ją nie odczuwamy lęku, ani nudy, zbytnio się też nią nie ekscytujemy. Godziny mijają, a my skupieni na pracy, nie zauważamy upływu czasu. Bo praca jest dla nas celem samym w sobie. Uskrzydla nas i daje nam spełnienie. Satysfakcja z wykonywanej pracy jest dla nas największą nagrodą.

Masz pracę, czy praca ma ciebie?

Ps. Napisane przed urlopem

Kategorie
WIDEO

O wdzięczności

Narzekanie negatywnie wpływa na nasz mózg. Jest jednak sposób, który pozwala łatwo i szybko powstrzymać się od narzekania. Jak radzi dr Bradberry, światowej sławy specjalista od inteligencji emocjonalnej, należy kultywować w sobie postawę wdzięczności. Kiedy tylko czujemy, że chcemy narzekać, należy od razu skupić uwagę na czymś, za co jesteśmy wdzięczni i zastanowić się nad tym przez chwilę. (fragment artykułu: https://businessinsider.com.pl/rozwoj… )

Stąd pomysł na O wdzięczności – nasz nowy singiel. Utwór powstawał w czasie lockdownu. To wtedy zrodził się pomysł, by w sytuacji narastającej frustracji, zwrócić uwagę ludzi na rzeczy dobre.

Kategorie
INSPIRACJE

Biblioteka przyszłości

Za stworzeniem Biblioteki Przyszłości stoi norweska artystka Katie Paterson. Jej projekt zakłada powstanie swego rodzaju „kapsuły czasu”, w której zamknięte zostaną niewydane książki popularnych i znaczących autorów z całego świata. Dzieła literackie ujrzą światło dzienne dopiero w 2114 r., gdy tysiąc drzew w młodym, norweskim lesie wyrośnie na tyle, by wyprodukować z nich papier. Na nim właśnie zostaną wydrukowane nieznane nikomu książki.

Bibliotece przyszłości już od sześciu lat rokrocznie powierzana jest jedna pozycja. Pierwszą z nich była książka Scribbler Moon pióra Margaret Atwood, dwukrotnej zdobywczyni Nagrody Bookera i autorki Opowieści podrecznej. Wśród nich jest także tekst Davida Mitchella, autora Atlasu Chmur oraz prace tureckiej powieściopisarki Elif Şafak, a także Norwega Karla Ove Knausgårda, znanego z cyklu powieści autobiograficznych pt. Moja walka. W tym roku do zbiorów zostanie dołączona książka poety pochodzącego z Sajgonu, Oceana Vuonga.

Vuong, podobnie jak reszta autorów, będzie musiał udać się na samodzielną wędrówkę do lasu Nordmarka w północnej części Oslo, by złożyć swój rękopis w siedzibie Biblioteki Przyszłości.

– Wiele z drążących świat problemów ma sporo wspólnego z nastawieniem YOLO – żyjesz tylko raz, wykorzystuj wszystkie zasoby, zapomnij o przyszłym pokoleniu, zniszcz świat i weź to, czego chcesz – powiedział Vuong w rozmowie z portalem „Guardian” – Ten projekt jest inny, mniej egoistyczny od regularnych publikacji, w których istotne jest to, że widzisz swoje nazwisko w świecie. Tutaj jest odwrotnie. Zarówno ja, jak i ty zdążymy umrzeć do czasu, gdy inni będą czytać te teksty – dodał poeta.

Projekt Biblioteki Przyszłości jest wspierany przez miasto Oslo, Agency for Cultural Affairs i Agency of Urban Evironment. Opiekę nad rękopisami roztacza Deichmanske bibliotek.

Artykuł opublikowany na stronie Papaya.Rocks

Kategorie
OPINIE

Wielkie i małe zaklęcia, cz. IV – „Fibo”

Taka już nasz natura: poszukujemy złotych zasad, gonimy za powtarzalnością, a jednocześnie cenimy rzeczy unikalne. Czterolistna koniczyna to aberracja, naruszająca zasadę złotej proporcji w przyrodzie. Złoty podział, nazywany przez niektórych odciskiem palca Boga, odpowiedzialny jest między innymi za to, że przyroda rozwija się zgodnie z ciągiem Fibonacciego, stąd trzy listki w koniczynie. Podobnie z płatkami kwiatów: mamy jeden płatek lilii, dwa płatki w kwiatach motylkowych, irys ma trzy płatki, dzika róża – pięć, osiem ostróżka, trzynaście nagietek, stokrotki zaś dwadzieścia jeden… Każdy kolejny wyraz w ciągu Fibonacciego jest sumą dwóch poprzednich. Fascynaci tej matematycznej reguły uważają, że rządzi ona całą niemal przyrodą, sceptycy odpierają, że to ogłupiające uproszczenie, podając liczne dowody, że przyroda chadza własnymi ścieżkami. Ciąg Fibonacciego wszechobecny jest też w architekturze, sztuce, ekonomii, muzyce, astronomii, kuchni, motoryzacji i wielu innych dziedzinach życia. Na rynkach kapitałowych i giełdzie stosuje się powszechnie zniesienia Fibo dla stworzenia opłacalnej strategii transakcyjnej. Pewnie coś przeoczyłem, za często chadzałem na wagary, bo nie pamiętam, żeby uczyli nas tego w szkołach.

Wróćmy do koniczyny. Z reguły mają trzy listki, ale wystarczy przyjrzeć się dowolnej kępce tych roślin, by zobaczyć, że sama natura z rzadka, acz z upodobaniem, robi wyjątki od matematycznej reguły. Wyjątki to przecież również część natury. Może, podobnie jak czterolistną koniczynę, powinniśmy sobie je cenić jako znak szczęścia, uśmiech losu? W wielu cywilizacjach symbolami szczęścia są rzeczy i zjawiska niepowszechne i ulotne. Tęcza, podkowa, liczba „7”, swastyka (zarówno 7 jak i 4 znajdują się poza ciągiem Fibonacciego). Ludzie zawsze odczytywali jako znak szczęścia, gdy natura, choć pełna harmonii, obdarza nas cennym darem niepowtarzalności. Poczytywali też sobie za znak szczęścia spotkanie osób, które wybierały dla siebie inny niż konwencjonalny sposób życia. Kuglarzy i cyrkowców, mnichów, kominiarzy, księży …

W szkole uczyli nas, że zasada złotego podziału stosowana była w architekturze antycznej, gdzie stosunek boków budowli wyrażał się złotą liczba Φ (Phi), wynoszącą ok. 1,618. Nie ma jednak dowodów na to, że budowniczowie antycznego Partenonu z zamysłem wprowadzali liczbę Φ do swoich obliczeń. Są za to liczne przykłady wykorzystywania tej liczby w architekturze, sztuce i matematyce świata arabskiego. Dlatego też urodzony w 1175 roku w Pizzie, Leonardo Fibonacci, wyruszył po nauki do Afryki Północnej. Egipt i Syria były wówczas centrami postępu i nowoczesnej myśli. Po powrocie zapoznał północnowłoskich matematyków z nowymi nurtami w tej dziedzinie, a kopistów z cyframi arabskimi.

Fibonacci interesował się wieloma zagadnieniami, np. kwestią niekontrolowanego rozmnażania. Co się stanie, pytał, jeśli wszystko będzie się rozmnażać, a nic nie będzie umierać? Odpowiedzią jest algorytmiczna spirala wzrostu wyrażona jako ciąg liczb całkowitych: 1, 1, 2, 3, 5, 8, 13, 21, 34, 55, 89, 144, 233, 377, 610, 987, 1597, 2586, 4181, 6765….. Przypomnijmy: każdy element po pierwszych dwóch jest sumą dwóch poprzednich. W świecie matematyki złota spirala, ciągu Fibonacciego postępuje w nieskończoność. W naszym świecie śmiertelników, oczywiście szybko dochodzi do jej przerwania. Przerywa ją śmierć, przypadki losowe, znudzenie… Mimo to, krótkie jej przebłyski towarzyszą nam nieustannie w życiu codziennym. Proporcje ciągu Fibonacciego możemy zauważyć w budowie ananasów, słoneczników, jeżowców, ślimaków, fraktali, trąb powietrznych, w proporcjach ludzkiego ciała. Również na ślubie i weselu przyjaciela. Gdy wyrazimy proporcję 1:Φ za pomocą procentów, większa część wyniesie w przybliżeniu 61,8%, a mniejsza 38,2% całości. Tyle właśnie alkoholu ma wódka weselna. Przypadek?

Choć narodził się dwa wieki przed Gutenbergiem, Fibonacci nazywany jest też ojcem typografii. Kroje klasycznych czcionek drukarskich, szpalt i formatów książek, tworzy się z zastosowaniem złotego podziału. Takie właśnie litery, z imieniem i nazwiskiem, zastałem przy swoim miejscu stołu weselnego, ułożonego w podkowę, gdzie przy dłuższym boku ustawionych było 13 krzeseł, a krótszym 8. Orkiestra zachęcała gości do tańca. Gitara jednego z muzyków, podobnie jak instrumenty klawiszowe pozostałych, również zbudowane zgodnie z zasadami złotej proporcji. Ciąg Fibonacciego właśnie w muzyce pokazuje piękno swojej harmonii. Począwszy od budowy gamy, poprzez utwory Jana Sebastiana Bacha, fugi i kantaty innych twórców muzyki baroku, sonaty Mozarta, czy twórczość zespołu Tool, Wszędzie słyszymy liczbę Φ. Najpełniej zasadę ciągu Fibonacciego w muzyce, oddaje Kanon D-Dur Pachelbela. Zespół weselny właśnie odegrał polską wariację na temat tej kompozycji – utwór „Jesteś Szalona”. Zacząłem mieć wątpliwości czy życiem kieruje jakakolwiek złota reguła.

Kategorie
WIDEO

Data Is Beautiful

Best-Selling Music Artists 1969 – 2019 czyli jak zmieniały się muzyczne gusta w przeciągu ostatnich 50 lat.

Pigułka z historii muzyki w niecodziennym wydaniu.

Więcej można znaleźć tutaj

Kategorie
WIDEO

O krok przed. Nowe standardy postępowania w dobie pandemii

Czy instrukcja postępowania w czasie pandemii musi być listą zaleceń wypisaną na białej kartce? Okazuje się, że nie. Papaya.Rocks wymyśliło świetną alternatywę.

Kategorie
OPINIE

MICHAŁ R. WIŚNIEWSKI: WSZYSCY NADAJĄ, NIKT NIE ODBIERA

Michał Sowiński: Jak tam?

Michał R. Wiśniewski: Włosy mi odrastają. Oprócz tego bez większych zmian, bo od zawsze pracuję z domu. Chociaż nie mogę powłóczyć się po kawiarniach i jestem skazany na swój gabinet, którego szczerze nienawidzę, w dodatku czas na pracę mam teraz tylko w nocy.

Cienie i blaski pracy każdego freelancera.

Moja żona też pracuje teraz z domu – zabrała z pracy służbowe komputery, rozstawiła monitory i znika za nimi na osiem godzin. Więc u niej również niewiele się zmieniło. Kuchenne rozmowy przeniosły się na czaty, bo przecież bez tego nie ma budowania zespołu w żadnej korporacji. Nie trzeba się za to codziennie ubierać, przynajmniej od pasa w dół, no i tracić czasu na dojazdy, które moim zdaniem powinny być wliczane do czasu pracy.

Ponoć pracodawcy też są zadowoleni. Może to będzie stały trend?

Gdy pracujesz z domu, włącza się wewnętrzny poganiacz, sam na sobie wymuszasz presję, co nie jest zdrowe na dłuższą metę, i wielu ludzi zwyczajnie się wypala. Generalnie jednak wydaje mi się, że każdy, kto miał konkretną robotę do wykonania, dalej ją robi. Gorzej z tymi, co wysiadywali puste godziny – tutaj może nastąpić weryfikacja.

Niektórzy twierdzą, że trzy czwarte naszej pracy jest właściwie bez sensu, bo nie produkuje żadnej wartości, a służy jedynie podtrzymaniu mało wydolnego systemu. Może tu coś się zmieni?

Pandemia pokazała na pewno niewydolność polskiego systemu oświatowego. A pytanie o sensowność naszej pracy… Ono może mieć znaczenie u nas, w bogatej Europie, wśród przedstawicieli klasy średniej. Większość świata już za moment zderzy się z innymi, dużo poważniejszymi problemami. Ja na co dzień piszę o popkulturze – nie jest to praca niezbędna, bez której społeczeństwo sobie nie poradzi. Z drugiej strony ma jednak znaczenie, przyczynia się do budowania sfery, którą można nazwać sensem życia. Bez tych mało docenianych wyrobników kultury byłoby nam ciężko na co dzień. Moja powieść Hello World częściowo o tym opowiadała – o przyszłości Europy, w której wszyscy się nudzą, więc kluczową rolę odgrywa klasa kreatywna, zajmująca się dostarczaniem rozrywki.

Przy okazji dyskusji okołopandemicznych wróciły stare dobre pojęcia – baza, nadbudowa, a także pytania o przydatność albo zbędność czyjejś pracy.

Bo czy nasz system naprawdę znacząco zmienił się od czasów Marksa? XIX wiek wciąż trwa w kluczowych obszarach naszego życia. A w ostatnich dekadach w wielu nastąpił wręcz regres. Wspominałem sobie niedawno pochody pierwszomajowe z PRL-u, które dla dzieciaka były bardzo atrakcyjne, bo defilowała straż pożarna i przyjeżdżała karuzela. Oczywiście tamta władza nigdy nie szanowała robotników, ale tymi obscenicznymi (jak by powiedział Žižek) gestami próbowała to maskować. W III RP nikt już sobie nawet nie zadawał trudu, żeby cokolwiek udawać. Może przy okazji pandemii i jej społeczno-ekonomicznych reperkusji na powrót rozbudzona zostanie świadomość klasowa? Ludzie teraz widzą, czyja praca jest faktycznie niezbędna i na jakich warunkach jest wykonywana. Pytanie kluczowe przy okazji każdego kryzysu jednak brzmi – kto na nim ostatecznie skorzysta?

Myślisz o jakichś poważniejszych przetasowaniach politycznych?

Skoro istnieje zjawisko bullshit jobs, to tak samo mamy do czynienia z bullshit polityką, która skupia się wyłącznie na budowaniu kolorowych i zgrabnych opowieści, a nie na realnych działaniach. Dlatego tak bardzo irytuje mnie Szymon Hołownia ze swoją antypolityczną narracją. Ile razy już pojawiał się jakiś facet nie wiadomo skąd, który krzyczy, że partie polityczne są złe?! Ale jaka jest alternatywa? Wydarzenie na Facebooku? Doraźnie organizowane spędy? Jeśli chcemy przedstawiać kompleksowe pakiety społecznych czy ekonomicznych programów, to niezbędna jest organizacja polityczna. Nie pociągnie tego jeden wodzuś.

Bezpartyjność to powrót do wodzusiowania?

I to w wykonaniu telewizyjnych celebrytów albo lokalnych polityków, którzy udają, że politykami nie są. To jak z książką Naomi Klein No Logo, w odpowiedzi na którą Mars wypuścił batona o nazwie „No Logo”. Był ohydny, z twardego karmelu, do tego komunikował, że kapitalizm jest w stanie wszystko przetrawić. Partie udające bezpartyjność są szkodliwe, bo podważają i tak już niebezpiecznie niskie zaufanie społeczne do instytucji publicznych.

Pandemia to w ogóle czas kryzysu zaufania.

Dobrze to widać na ulicy, gdzie nikt nie stosuje się do rządowych zaleceń – bo nikt im nie ufa. A jak już ktoś zakrywa twarz, to ze strachu przed policją. Tak jakby rzeczywistość sama w sobie – choćby w postaci realnego zagrożenia epidemicznego – w ogóle nie istniała, jakby otaczały nas wyłącznie sączące się z telewizorów i internetu opowieści. Oczywiście na ten brak zaufania rząd sobie zapracował.

Z internetu w ogóle ostatnio wylewa się dużo rzeczy. Napisałeś ostatnio, że „wszyscy nadają, nikt nie odbiera”.

Ludzie masowo rzucili się nagrywać filmiki, co zachwiało asymetryczny układ widz–nadawca. A przecież musi być więcej odbiorców niż twórczyń, żeby kultura w ogóle miała sens. Pamiętasz Gorączkę sobotniej nocy? John Travolta wchodzi na parkiet robić swoje wygibasy, a reszta patrzy. Nasz świat, wbrew temu, co niektórzy próbują nam wmówić, to właśnie taka dyskoteka. Musimy mieć świadomość, że nie każdy może być Travoltą. Pisarze i pisarki czytają teraz online swoje książki – nawet nie próbowałem startować w tej konkurencji, bo doba ma tylko 24 godziny. Nie sądzę, żeby ktoś jeszcze chciał przez pół godziny dziennie oglądać moją twarz, do tego w kiepskiej rozdzielczości.

Zostaje TikTok.

Uwielbiam go, bo tam filmy trwają maksymalnie minutę i służą przede wszystkim rozrywce.

Dalej bronisz tezy, że TikTok to przyczółek nieskomercjalizowanej sieci?

Od jakiegoś czasu już nie. Wszyscy widzieliśmy, co się stało, gdy przyszedł tam Andrzej Duda. Przy okazji okazało się, że jest on postacią kompletnie nienaturalną, marionetką sterowaną w telewizji przez speców od wizerunku. TikTok to medium bazujące na naturalności, a on wypadł jak awatar z Simsów. Nikt nie przejmuje się tam, jak wygląda albo czy ma bałagan w pokoju. Choć ostatnio wszyscy poniekąd żyjemy na TikToku. Nowa norma – jesteśmy nieuczesani i nieumalowani.

Albo pozujemy na tle biblioteczek, które w kadrach wyglądają na olbrzymie.

Akurat teraz siedzę pechowo, więc widzisz tylko plątaninę kabli, ale biblioteczka jest tam, z boku, musisz mi wierzyć na słowo. Ale pojawienie się prezydenta na TikToku pokazało coś jeszcze – że nasze pokolenie, czyli przełom X i milenialsów, wcale nie jest tak bardzo ogarnięte internetowo, jak się powszechnie sądzi. 30- i 40-latkowie pisali komentarze w stylu „musiałem zapytać dzieci, co to ten TikTok”. To dużo mówi o społecznych kompetencjach kulturowo-internetowych. OK, nasi rodzice nie mieli czasu nauczyć się tego gruntownie, więc ciągle podchodzą z obawą do nowinek w sieci, chociaż obserwuję, że nabierają coraz większej śmiałości… Ale nasze pokolenie miało być inne. I co? Słyszę często, jak znajomi chwalą się zaangażowaniem w wychowanie swoich dzieci. Jak to bardzo ich pilnują, dbając jednocześnie o rozwój. A tu nagle okazuje się, że nic nie wiedzieli nawet o istnieniu jednego z najważniejszych dla dzisiejszej młodzieży medium.

Czyli podział na starych zgredów i rzutkie dzieciaki dalej aktualny.

To trochę zabawne, bardziej jednak niepokojące, bo znaczy, że większość dzieci w internecie puszczona jest zupełnie samopas. Edukacja medialna kuleje, a mówimy tu przecież o miejskiej klasie średniej, która teoretycznie powinna mieć wysokie kompetencje w tej kwestii. Choć może coś się tu ruszy, bo w czasie pandemii zaroiło się na TikToku od znudzonych milenialsów.

Tu pozwolę sobie na dygresję – bo termin ten, który teraz jest jedną z podstawowych obelg, pierwotnie oznaczał ludzi wchodzących w dorosłość na przełomie mileniów, czyli 20 lat temu. Dziś mają oni prawie 40 lat, a mediom wciąż zdarza się pisać o nich jako o smarkaczach.

Wykluczenie cyfrowe ma też inne oblicza. Przy okazji pandemii pojawił się choćby problem dostępu do komputera – wiele rodzin rzadko ma więcej niż jeden w domu.

Gdy dzieci chodziły normalnie do szkoły, problem był ukryty, bo rewolucja cyfrowa ostatniej dekady odbyła się za sprawą smartfonów. Sytuacja, w której się teraz znaleźliśmy, pokazuje, że telefonom i tabletom brakuje klawiatury. Można na nich robić wiele rzeczy – czytać, oglądać, komunikować się z innymi, ale trudno coś dłuższego napisać.

Tylko bierny odbiór?

Nie, telefony i tablety zachęcają do aktywności, tylko innych – np. wyzwalają w tobie chęć rysowania. Klawiatura, czyli domyślny interfejs komputera, jednak bardziej sprzyja edukacji. Dlatego telefon nie jest w stanie zastąpić komputera, a przemiany technologiczne dzieją się bez ładu i składu.

Michał R. Wiśniewski – pisarz, publicysta, redaktor naczelny magazynów upadłych „Kawaii” i „Anime+”, popularyzator japońskiej popkultury i fantastyki w Polsce. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, „Polityką”, magazynem „Pixel” i „Dwutygodnikiem”. Publikował m.in. w „Nowej Fantastyce”, „Tygodniku Powszechnym”, „Premierach” i „Esensji”, a także w książkach Bond. Leksykon, Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej i Berlin – Pascal Lajt. Prowadził blog Pattern Recognition (mrw.blox.pl) oraz jetlag.com.pl. Autor opublikowanych w Wydawnictwie Krytyki Politycznej powieści Jetlag, God Hates Poland i Hello World oraz książki Wszyscy jesteśmy cyborgami. Jak internet zmienił Polskę (Czarne 2019).

Michał Sowiński – krytyk literacki i redaktor, związany z „Tygodnikiem Powszechnym” i Festiwalem Conrada. Prowadzi podkast „Book’s not dead”.

Fragment wywiadu zamieszczonego w Krytyce Politycznej. Całość można znaleźć tutaj