Kategorie
OPINIE

MICHAŁ R. WIŚNIEWSKI: WSZYSCY NADAJĄ, NIKT NIE ODBIERA

Michał Sowiński: Jak tam?

Michał R. Wiśniewski: Włosy mi odrastają. Oprócz tego bez większych zmian, bo od zawsze pracuję z domu. Chociaż nie mogę powłóczyć się po kawiarniach i jestem skazany na swój gabinet, którego szczerze nienawidzę, w dodatku czas na pracę mam teraz tylko w nocy.

Cienie i blaski pracy każdego freelancera.

Moja żona też pracuje teraz z domu – zabrała z pracy służbowe komputery, rozstawiła monitory i znika za nimi na osiem godzin. Więc u niej również niewiele się zmieniło. Kuchenne rozmowy przeniosły się na czaty, bo przecież bez tego nie ma budowania zespołu w żadnej korporacji. Nie trzeba się za to codziennie ubierać, przynajmniej od pasa w dół, no i tracić czasu na dojazdy, które moim zdaniem powinny być wliczane do czasu pracy.

Ponoć pracodawcy też są zadowoleni. Może to będzie stały trend?

Gdy pracujesz z domu, włącza się wewnętrzny poganiacz, sam na sobie wymuszasz presję, co nie jest zdrowe na dłuższą metę, i wielu ludzi zwyczajnie się wypala. Generalnie jednak wydaje mi się, że każdy, kto miał konkretną robotę do wykonania, dalej ją robi. Gorzej z tymi, co wysiadywali puste godziny – tutaj może nastąpić weryfikacja.

Niektórzy twierdzą, że trzy czwarte naszej pracy jest właściwie bez sensu, bo nie produkuje żadnej wartości, a służy jedynie podtrzymaniu mało wydolnego systemu. Może tu coś się zmieni?

Pandemia pokazała na pewno niewydolność polskiego systemu oświatowego. A pytanie o sensowność naszej pracy… Ono może mieć znaczenie u nas, w bogatej Europie, wśród przedstawicieli klasy średniej. Większość świata już za moment zderzy się z innymi, dużo poważniejszymi problemami. Ja na co dzień piszę o popkulturze – nie jest to praca niezbędna, bez której społeczeństwo sobie nie poradzi. Z drugiej strony ma jednak znaczenie, przyczynia się do budowania sfery, którą można nazwać sensem życia. Bez tych mało docenianych wyrobników kultury byłoby nam ciężko na co dzień. Moja powieść Hello World częściowo o tym opowiadała – o przyszłości Europy, w której wszyscy się nudzą, więc kluczową rolę odgrywa klasa kreatywna, zajmująca się dostarczaniem rozrywki.

Przy okazji dyskusji okołopandemicznych wróciły stare dobre pojęcia – baza, nadbudowa, a także pytania o przydatność albo zbędność czyjejś pracy.

Bo czy nasz system naprawdę znacząco zmienił się od czasów Marksa? XIX wiek wciąż trwa w kluczowych obszarach naszego życia. A w ostatnich dekadach w wielu nastąpił wręcz regres. Wspominałem sobie niedawno pochody pierwszomajowe z PRL-u, które dla dzieciaka były bardzo atrakcyjne, bo defilowała straż pożarna i przyjeżdżała karuzela. Oczywiście tamta władza nigdy nie szanowała robotników, ale tymi obscenicznymi (jak by powiedział Žižek) gestami próbowała to maskować. W III RP nikt już sobie nawet nie zadawał trudu, żeby cokolwiek udawać. Może przy okazji pandemii i jej społeczno-ekonomicznych reperkusji na powrót rozbudzona zostanie świadomość klasowa? Ludzie teraz widzą, czyja praca jest faktycznie niezbędna i na jakich warunkach jest wykonywana. Pytanie kluczowe przy okazji każdego kryzysu jednak brzmi – kto na nim ostatecznie skorzysta?

Myślisz o jakichś poważniejszych przetasowaniach politycznych?

Skoro istnieje zjawisko bullshit jobs, to tak samo mamy do czynienia z bullshit polityką, która skupia się wyłącznie na budowaniu kolorowych i zgrabnych opowieści, a nie na realnych działaniach. Dlatego tak bardzo irytuje mnie Szymon Hołownia ze swoją antypolityczną narracją. Ile razy już pojawiał się jakiś facet nie wiadomo skąd, który krzyczy, że partie polityczne są złe?! Ale jaka jest alternatywa? Wydarzenie na Facebooku? Doraźnie organizowane spędy? Jeśli chcemy przedstawiać kompleksowe pakiety społecznych czy ekonomicznych programów, to niezbędna jest organizacja polityczna. Nie pociągnie tego jeden wodzuś.

Bezpartyjność to powrót do wodzusiowania?

I to w wykonaniu telewizyjnych celebrytów albo lokalnych polityków, którzy udają, że politykami nie są. To jak z książką Naomi Klein No Logo, w odpowiedzi na którą Mars wypuścił batona o nazwie „No Logo”. Był ohydny, z twardego karmelu, do tego komunikował, że kapitalizm jest w stanie wszystko przetrawić. Partie udające bezpartyjność są szkodliwe, bo podważają i tak już niebezpiecznie niskie zaufanie społeczne do instytucji publicznych.

Pandemia to w ogóle czas kryzysu zaufania.

Dobrze to widać na ulicy, gdzie nikt nie stosuje się do rządowych zaleceń – bo nikt im nie ufa. A jak już ktoś zakrywa twarz, to ze strachu przed policją. Tak jakby rzeczywistość sama w sobie – choćby w postaci realnego zagrożenia epidemicznego – w ogóle nie istniała, jakby otaczały nas wyłącznie sączące się z telewizorów i internetu opowieści. Oczywiście na ten brak zaufania rząd sobie zapracował.

Z internetu w ogóle ostatnio wylewa się dużo rzeczy. Napisałeś ostatnio, że „wszyscy nadają, nikt nie odbiera”.

Ludzie masowo rzucili się nagrywać filmiki, co zachwiało asymetryczny układ widz–nadawca. A przecież musi być więcej odbiorców niż twórczyń, żeby kultura w ogóle miała sens. Pamiętasz Gorączkę sobotniej nocy? John Travolta wchodzi na parkiet robić swoje wygibasy, a reszta patrzy. Nasz świat, wbrew temu, co niektórzy próbują nam wmówić, to właśnie taka dyskoteka. Musimy mieć świadomość, że nie każdy może być Travoltą. Pisarze i pisarki czytają teraz online swoje książki – nawet nie próbowałem startować w tej konkurencji, bo doba ma tylko 24 godziny. Nie sądzę, żeby ktoś jeszcze chciał przez pół godziny dziennie oglądać moją twarz, do tego w kiepskiej rozdzielczości.

Zostaje TikTok.

Uwielbiam go, bo tam filmy trwają maksymalnie minutę i służą przede wszystkim rozrywce.

Dalej bronisz tezy, że TikTok to przyczółek nieskomercjalizowanej sieci?

Od jakiegoś czasu już nie. Wszyscy widzieliśmy, co się stało, gdy przyszedł tam Andrzej Duda. Przy okazji okazało się, że jest on postacią kompletnie nienaturalną, marionetką sterowaną w telewizji przez speców od wizerunku. TikTok to medium bazujące na naturalności, a on wypadł jak awatar z Simsów. Nikt nie przejmuje się tam, jak wygląda albo czy ma bałagan w pokoju. Choć ostatnio wszyscy poniekąd żyjemy na TikToku. Nowa norma – jesteśmy nieuczesani i nieumalowani.

Albo pozujemy na tle biblioteczek, które w kadrach wyglądają na olbrzymie.

Akurat teraz siedzę pechowo, więc widzisz tylko plątaninę kabli, ale biblioteczka jest tam, z boku, musisz mi wierzyć na słowo. Ale pojawienie się prezydenta na TikToku pokazało coś jeszcze – że nasze pokolenie, czyli przełom X i milenialsów, wcale nie jest tak bardzo ogarnięte internetowo, jak się powszechnie sądzi. 30- i 40-latkowie pisali komentarze w stylu „musiałem zapytać dzieci, co to ten TikTok”. To dużo mówi o społecznych kompetencjach kulturowo-internetowych. OK, nasi rodzice nie mieli czasu nauczyć się tego gruntownie, więc ciągle podchodzą z obawą do nowinek w sieci, chociaż obserwuję, że nabierają coraz większej śmiałości… Ale nasze pokolenie miało być inne. I co? Słyszę często, jak znajomi chwalą się zaangażowaniem w wychowanie swoich dzieci. Jak to bardzo ich pilnują, dbając jednocześnie o rozwój. A tu nagle okazuje się, że nic nie wiedzieli nawet o istnieniu jednego z najważniejszych dla dzisiejszej młodzieży medium.

Czyli podział na starych zgredów i rzutkie dzieciaki dalej aktualny.

To trochę zabawne, bardziej jednak niepokojące, bo znaczy, że większość dzieci w internecie puszczona jest zupełnie samopas. Edukacja medialna kuleje, a mówimy tu przecież o miejskiej klasie średniej, która teoretycznie powinna mieć wysokie kompetencje w tej kwestii. Choć może coś się tu ruszy, bo w czasie pandemii zaroiło się na TikToku od znudzonych milenialsów.

Tu pozwolę sobie na dygresję – bo termin ten, który teraz jest jedną z podstawowych obelg, pierwotnie oznaczał ludzi wchodzących w dorosłość na przełomie mileniów, czyli 20 lat temu. Dziś mają oni prawie 40 lat, a mediom wciąż zdarza się pisać o nich jako o smarkaczach.

Wykluczenie cyfrowe ma też inne oblicza. Przy okazji pandemii pojawił się choćby problem dostępu do komputera – wiele rodzin rzadko ma więcej niż jeden w domu.

Gdy dzieci chodziły normalnie do szkoły, problem był ukryty, bo rewolucja cyfrowa ostatniej dekady odbyła się za sprawą smartfonów. Sytuacja, w której się teraz znaleźliśmy, pokazuje, że telefonom i tabletom brakuje klawiatury. Można na nich robić wiele rzeczy – czytać, oglądać, komunikować się z innymi, ale trudno coś dłuższego napisać.

Tylko bierny odbiór?

Nie, telefony i tablety zachęcają do aktywności, tylko innych – np. wyzwalają w tobie chęć rysowania. Klawiatura, czyli domyślny interfejs komputera, jednak bardziej sprzyja edukacji. Dlatego telefon nie jest w stanie zastąpić komputera, a przemiany technologiczne dzieją się bez ładu i składu.

Michał R. Wiśniewski – pisarz, publicysta, redaktor naczelny magazynów upadłych „Kawaii” i „Anime+”, popularyzator japońskiej popkultury i fantastyki w Polsce. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą”, „Polityką”, magazynem „Pixel” i „Dwutygodnikiem”. Publikował m.in. w „Nowej Fantastyce”, „Tygodniku Powszechnym”, „Premierach” i „Esensji”, a także w książkach Bond. Leksykon, Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej i Berlin – Pascal Lajt. Prowadził blog Pattern Recognition (mrw.blox.pl) oraz jetlag.com.pl. Autor opublikowanych w Wydawnictwie Krytyki Politycznej powieści Jetlag, God Hates Poland i Hello World oraz książki Wszyscy jesteśmy cyborgami. Jak internet zmienił Polskę (Czarne 2019).

Michał Sowiński – krytyk literacki i redaktor, związany z „Tygodnikiem Powszechnym” i Festiwalem Conrada. Prowadzi podkast „Book’s not dead”.

Fragment wywiadu zamieszczonego w Krytyce Politycznej. Całość można znaleźć tutaj

Kategorie
INSPIRACJE

Bajka o zamrożonym wielorybie

Dla przyrody na pewno wyjątkowo odrębny, unikalny, bo drugiego nigdy nie było, czuł się jednak przeciętną, zwyczajną cysterną tranu, niekiedy fontanną i polewaczką. Śmiała mu się w oczy żywa woda, a gdy szarzało, chmurzyło się i falowało, szukał cieplejszych prądów lub pociechy w sobie. Siłą woli odganiał trudniejsze chwile, nie zanurzał w depresjach, oszczędzał na bólach i miał na tyle oleju w głowie, by za głęboko nie tonąć w zadumie nad losem. Nie nosił żałoby po żadnym życiu, które się nie udało, bo znał tylko swoje – pospolite i szare – chociaż od zawsze był żółty, a niektórzy w niedowidzeniu brali go za okaz złoty, błyszczący, wystawiony na pokaz bibelot w akwarium u jubilera lub dzieło sztuki.

Najpierw lodem pokryły się małe potoki, strumyki i studnie po wsiach. Po kilku miesiącach grozę, mrozy i zimy poznały stawy, jeziora i rzeki. Ocean opierał się długo, dotkliwie, ale nie był żadnym wyjątkiem, więc skuty lodem mógł już tylko marzyć o lepszych czasach – a razem z nim rekiny, dorsze, kraby, krewetki i mniejsze żyjątka – przynajmniej te, które przeżyły zimne dreszcze, chłody i brak nadziei. Zrazu ciekawie, dobrze, wygodnie, działo się pingwinom, fokom, morsom, a morskie lamparty i białe niedźwiedzie wpadły nawet euforię, ale i one zapadły w gnuśność, powolność, a także brak większego sensu.

Dzisiaj wszystkie ssaki utraciły poczucie równowagi, zatraciły niejeden ze swych instynktów, zapomniały własną drapieżność lub zwyczaje, które w przeszłości mniej dokuczały innym. Zamrożone wypatrują odwilży, cieplejszych wyroków, albo, niech już tak będzie, końca przygody i kresu ewolucji już nie do zniesienia. Razem ze wszystkimi czeka żółty wieloryb – niepotrzebny mewom, albatrosom i kormoranom, które pozdrawiały go z lotu ptaka, zbędny łakomym myśliwym i ostrym harpunom, a nawet do niczego już niepotrzebny piratom, których statki ścigały go dla zabawy. Świat mu się skurczył do kostki lodu, ale nie topnieje w nim nadzieja, że będzie cieplej.

Piotr Zaczkowski – Kulturoznawca i kulturopraktyk. Poeta, pisarz. Autor książek, redaktor wydawnictw, recenzent. Człowiek teatru. Związany z ideą Europejskiej Stolicy Kultury w Katowicach. Zarządza instytucją o najdłuższej nazwie: Katowice Miasto Ogrodów Instytucja Kultury im. Krystyny Bochenek. Uprawia autoizolację w mieszkaniu w Chorzowie.

Kategorie
OPINIE

WITAJCIE W EPOCE ZOOMIZMU

W zeszłym tygodniu Twitter ogłosił swoim pracownikom i pracownicom, że jeśli sobie tego życzą, to po zakończeniu pandemii nadal będą mogli pracować z domu. Google i Facebook także nie spieszą się z przywracaniem tradycyjnej formy pracy. Nic dziwnego, odpowiednie zarządzanie pracą zdalną otwiera nowe przestrzenie optymalizacji produktywności osoby zatrudnionej. Jeśli tylko praca ta jest odpowiednio zarządzana (a usystematyzowanie wytwarzanej na bieżąco wiedzy eksperckiej z zakresu zarządzania pracownicą pracującą z domu i narodziny wyspecjalizowanej menadżerki pracy zdalnej są tylko kwestią czasu), to korzyści dla firmy, jakie mogą z niej płynąć, są szerokie, takie jak choćby eliminacja czasu i energii poświęcanej na dojazdy, bezproduktywnych interakcji towarzyskich w godzinach pracy, całkowita izolacja poszczególnych osób, praktycznie wykluczająca możliwość organizacji i oporu.

O zmianach klasowych, jakie mogą wynikać z tej sytuacji, pisał na łamach Krytyki Politycznej Bartosz Migas.

Platformy takie jak Zoom pozwalają na nieosiągalną w innych warunkach optymalizację komunikacji. Narzędzia tego rodzaju sprzyjają prezentacjom o ściśle określonej długości, takim jak np. Pecha Kucha – 20 slajdów po 20 sekund każdy, w sumie równo 6 minut i 40 sekund – która jako forma wypowiedzi stanowi moim zdaniem esencję tego, czym jest komunikacja w erze mediów społecznościowych: zwięzła, uproszczona, podporządkowana prawom marketingu, przeładowana grafiką. Osoba prowadząca spotkanie może nagrywać jego część lub całość, wedle uznania włączać i wyciszać mikrofony poszczególnych osób, a także swobodnie przerzucać uczestniczki pomiędzy breakout roomami, czyli swego rodzaju cyfrowymi pokojami, w których pracują one podzielone na zespoły. Może też przemieszczać się między breakout roomami, a w praktyce często przemykać niezauważona, milcząco przysłuchując się prowadzonym rozmowom. Pracownica siedzi przed komputerem we własnym mieszkaniu z kamerką nakierowaną na twarz lub, alternatywnie, posługuje się awatarem – profesjonalną projekcją samej siebie, oderwaną od rzeczywistego ciała. Kontroluje mowę ciała i mimikę twarzy (jeśli używa kamerki), powstrzymuje się od wypowiedzi niezwiązanych z tematem spotkania, ponieważ może nie zauważyć, kiedy w breakout roomie pojawi się przełożona. Brzmi jak ziszczenie neoliberalnej fantazji o racjonalnej kontroli? Witamy w epoce zoomizmu – kawa i herbata we własnym zakresie.

Ariadna Estévez, profesorka uniwersytetu w Sussex w Wielkiej Brytanii i specjalistka w dziedzinie praw człowieka, uważa, że po tayloryzmie, fordyzmie i toyotyzmie przyszedł czas na zoomizm. Przypomnijmy pokrótce te starsze modele produkcji. Narodziny tayloryzmu przypadają na okres rewolucji przemysłowej. Jest to model pozwalający na racjonalną organizację produkcji, stosowany przede wszystkim przy produkcji taśmowej i kojarzony – szczególnie w myśli marksowskiej i marksistowskiej – z alienacją pracy. Proces produkcji dzielony jest na proste czynności, a każda wykonywana jest przez innego pracownika. Model ten zakłada także mierzenie czasu, jaki zajmuje wykonanie poszczególnych czynności, i ustanawianie na tej podstawie norm.

Fordyzm jest metodą zarządzania przedsiębiorstwem i stanowi kontynuację tayloryzmu. Rozwija on zasadę standaryzacji produkcji i specjalizacji pracowników i pracownic, a także udoskonala dyscyplinę w zakładzie pracy. Jednocześnie gwarantuje pracownicom stałe zatrudnienie i bezpieczeństwo socjalne, a także ustanawia standard ośmiogodzinnego dnia pracy. Fordyzm i związana z nim stabilność zatrudnienia zostały wyparte przez toyotyzm, doskonale znany nam z dzisiejszych czasów model, który stawia na elastyczność. Pracownicy i pracownice otrzymują wynagrodzenie za godzinę i nie muszą mieć zagwarantowanego bezpieczeństwa socjalnego.

Pandemia COVID-19 przyspieszyła wykrystalizowanie się nowego modelu. Jak pisze Ariadna Estévez, zoomizm jest „sposobem produkcji sprzyjającym samoizolacji”. Ponadto „podnosi także wartość dodaną [dla przedsiębiorstwa], ponieważ koszty utrzymania biur korporacyjnych przenoszone są na pracowników”. Za elektryczność, internet, wodę, a nawet kawę w home office zapłacą pracownica i pracownik. Należy podkreślić, że zoomizm dotyczy przede wszystkim klasy średniej.

Jakich skutków możemy się spodziewać w związku z pojawieniem się tego nowego modelu organizacji pracy? Część z nich możemy już oglądać na własne oczy. Podobnie jak wcześniej pojawienie się toyotyzmu pozbawiło pracy wielu ludzi, poszerzając ramy kategorii tzw. ludzi zbędnych” teraz zoomizm zalicza do tej kategorii wszystkich tych, których pracy nie da się wykonywać w trybie zdalnym, a także tych, którzy nie mają do tego celu odpowiedniego sprzętu, warunków i kompetencji cyfrowych. Zoomizm, izolując jednostki, wywiera negatywny wpływ na zorganizowane ruchy oporu. Jak podkreśla Estévez, widać to w szczególności na przykładzie ruchu feministycznego, który jej zdaniem w ciągu kilku ostatnich miesięcy stracił wiele z tego, co udało mu się wywalczyć przez ostatnich kilka lat.

Narodziny zoomizmu zresztą, zdaniem Estévez, odbiją się przede wszystkim na kobietach. Stanie się to nie tylko za sprawą ograniczenia działania ruchu feministycznego. Powrót kobiet do domu, jak wiele osób miało już okazję zauważyć, wiąże się z powrotem do tradycyjnych kobiecych obowiązków domowych. Oczywiście dla wielu osób, które ze względu na pracę opiekuńczą w domu były wykluczone z rynku pracy, praca zdalna może okazać się szansą. Ponieważ jednak obowiązki domowe i opiekuńcze spadają przede wszystkim na kobiety, możemy się spodziewać, że w ostatecznym rozrachunku wyjdą na tym źle.

Czy zoomizm przetrwa epidemię i stanie się dominującym sposobem pracy globalnych elit? Zależy to w dużej mierze od ich zdolności do samodyscypliny. Sądzę bowiem, że zoomizm przerzuca na pracowników i pracownice nie tylko koszty utrzymania biura, ale do pewnego stopnia także koszty utrzymania dyscypliny w miejscu pracy. Wylew filmików i tekstów publicystycznych z zakresu organizowania własnego czasu w home office świadczy o tym, że przynajmniej część pracownic wzięła się do tego dzieła poważnie. A zeszłotygodniowa decyzja Twittera może świadczyć o tym, że zdały egzamin.

Artykuł opublikowany w Krytyce Politycznej

Agnieszka Kosiorowska – studentka etnologii i antropologii kulturowej oraz lingwistyki stosowanej na UW. Stypendystka projektu Katolicyzacja reprodukcji, reprodukcja katolicyzmu. Aktywizm i intymność w Polsce od 1930 r. do dziś.

Kategorie
OPINIE

Wielkie i małe zaklęcia cz. 2 – „Lagom”

Lagom – to szwedzkie słowo, które – w dużym uproszczeniu można przetłumaczyć na polskie: „w sam raz”, choć nie ma dokładnego odpowiednika tego słowa w języku polskim.

„Lagom” określa ile potrzeba do szczęśliwego życia i kiedy powiedzieć „dość”. Blisko mu do duńskiego, robiącego większą karierę „Hygge”, nie znaczy jednak dokładnie tego samego. „Lagom”, ma zdecydowanie pozytywny wydźwięk, a polski język wydaje się być ubogi gdy chodzi o słowa oddające pozytywne uczucia. Poza oczywistymi jak: ‚szczęście”, „radość” „przyjemność”, jesteśmy w kłopocie, bo „satysfakcja”, to zapożyczenie, które kojarzy się również z pojedynkowaniem, a trącące myszką „błogość” czy „idylla” i tak wydają się zręczniejsze od wymyślonego na siłę – „dobrostanu”.

Skandynawowie i Duńczycy z charakterystyczną dla siebie oszczędnością posiadają po jednym określeniu na wiele różnych drobnych rzeczy – związanych tyleż z uczuciami, co z kulturą. Uczucia, a raczej nastroje, styl życia i kultura łączą cię w prostych krótkich słowach.

Filozofia „lagom”, związana jest z bliskością, i poczuciem bezpieczeństwa. W poczuciu bezpieczeństwa tkwi też różnica między naszymi kulturami. Na poczuciu bezpieczeństwa mogłaby zasadzać się też różnica między starym i nowym podejściem do organizowania kultury.

Od lat umyka nam oczywistość, że poczucie bezpieczeństwa odczuwamy wtedy, gdy możemy spokojnie opuścić gardę. Psychologowie wskazują, że duża ilość służb ochrony, wyraziste oznaczenia wyjść ewakuacyjnych, wzbudzają w nas raczej poczucie niepokoju. Podobnie dzieje się pewnie, kiedy nosimy na twarzach maseczki i co kilka metrów możemy poddać się dezynfekcji rąk.

„Opuścić gardę”, możemy jedynie, gdy czujemy się u siebie. Czujemy atmosferę spokoju, intymności, gdy odkładamy na bok zmartwienia. Jest jeszcze jedno – znów niestety nie polskie – określenie na ten stan: „tete-a-tete” (dosł. „twarzą w twarz”). O dużych plenerowych koncertach, świętach miast czy festiwalach można powiedzieć wiele, ale na pewno nie, że są „tete-a-tete”.

Atrybuty kultury „lagom” nie były do tej pory często obecne w organizowaniu życia kulturalnego, zwłaszcza w dużych zbiorowościach. A jak by to mogło wyglądać teraz?

Ciepło

Czyż nie jest przyjemniej słuchać dobrej muzyki na żywo w kameralnym gronie, w nieformalnym, luźnym stroju, popijając, w zimny, październikowy wieczór kolejne dźwięki łykiem gorącej kawy lub herbaty?

Koncert, lub spektakl przy kominku, dla maksymalnie kilkudziesięcioosobowej, nieprzypadkowej grupy, która ma szansę na długą pogawędkę z artystą po koncercie, gdzie nikt nie wygania, po ostatnim bisie? Przypomnijmy „Ciepła atmosfera”, to nie synonim gorącego pomieszczenia.

Jasno

Wielu widzów lubi moment, kiedy na widowni gasną światła. Możemy wtopić się w ciemność i w oglądany spektakl. Jesteśmy anonimowymi widzami. Na spektaklach teatralnych i kabaretowych, miejsca w pierwszych rzędach nie cieszą się popularnością. Wielu widzów niechętnie przyjmuje jakiekolwiek formy interakcji z artystami.

Są jednak artyści, którzy proszą o pozostawienie świateł na widowni. Chcą spoglądać w twarze swoich widzów, rozmawiać z nimi. Gdyby tak zamiast całkowitej ciemności poustawiać wśród widzów świece? Powiecie, że niebezpiecznie i strażak się nie zgodzi. Ale czy właśnie ogień w kominku i światło świecy nie daje nam poczucia komfortu, intymności i poszukiwanego dziś bezpieczeństwa.

Pysznie

Pali się w kominku, na stołach świece, artyści w kameralnym składzie grają autorską muzykę. Nie ma hałasu, a każdy dźwięk dochodzi do nas w najlepszej jakości. Gdyby tak jeszcze poczęstowali nas jakimś domowym wypiekiem? Wielu powie, że to już „granie do kotleta”. Niejeden jednak zdystansowany artysta, grający swój repertuar w dużej i zimnej sali widowiskowej, kiedy spotyka się ze swoimi fanami, w niewielkim, przytulnym klubie, zamienia się w muzycznego czarodzieja.

Wspólnie

Czy siedząc na widowni, plecami do siebie, możemy powiedzieć, że jesteśmy tutaj razem? Widownia, zwłaszcza duża, to właśnie zaprzeczenie „tete-a-tete”. Kończy się spektakl, żegnamy artystów oklaskami, na widowni zapalają się robocze lampy, patrzymy po sobie onieśmieleni naszą ekspresją sprzed zaledwie kilku minut, która teraz nagle wygasła pod zimnym prysznicem światła. Trzeba wracać do normalnego życia. A jeszcze niedawno dzieliliśmy z naszym sąsiadem zachwyt, czasem łzy wzruszenia. Teraz pozostaje nieśmiały uśmiech w kolejce do szatni.

Spokojnie

Ostatni tydzień maja 2020 spędziłem w samym środku warmińskiego lasu. Graliśmy z przyjaciółmi na gitarach, które w drewnianym, podcieniowym mazurskim domu brzmiały jak podłączone do najlepszego nagłośnienia. Danka – gospodyni, raczyła nas opowieściami o zwierzętach, jeziorach i historii tych ziem, a Piotrek częstował świeżo wędzonymi rybami. Nie było dramatów, walki, martyrologii. Możecie oskarżyć nas o eskapizm, ale wszyscy obecni przysięgną, że była to jedna z najlepszych imprez kulturalnych, na jakiej byli od dawna.

„Lagom” – można również przetłumaczyć na „tu i teraz”. Mazurska głusza 2020 była cicha, wolna od chorób i polityki.

Sprawiedliwie

W koncepcji „lagom” równość polega też na tym, że sprawiedliwie dzielimy się czasem antenowym. Nie jest przesądzone kto jest nadawcą, a kto odbiorcą, w myśl zasady, ża każdy niesie ze sobą opowieść. Artysta staje się widzem, widz twórcą. Dzielimy się też obowiązkami. Dzielimy stół przy którym siedzimy, dzielimy to co mamy na stole. Jeżeli stawiamy na nim wino to jest ono wszystkich stołowników.

Z wdzięcznością
Nie uczestniczymy w wyścigu szczurów, jesteśmy wdzięczni za siebie nawzajem – tak samo cieszymy się z amatorskiego zespołu folklorystycznego, jak i profesjonalnych artystów, bo nie traktujemy kultury jako usługi, która nam się należy po opłaceniu biletów. Przez wdzięczność wrzucamy na luz i osiągamy spokój ducha.

Naturalnie

„Lagom” dotyczy też budownictwa, odżywiania się, zarobków. Uczy jak osiągać szczęście niewielkim kosztem, generować jak najmniej śmieci, nie przejadać się, szukać balansu pomiędzy czasem wolnym a pracą, poszukiwać swojej pasji, bez gonienia za ulotnymi modami.

Umiarkowanie

Doceniamy to co mamy. Przypomina mi się pewien radny mojego miasta, który na pytanie, dlaczego nie uczestniczy w naszych wydarzeniach, odpowiedział, że gdy chce zażyć kultury na swoim poziomie, musi wyjechać do Krakowa, Warszawy, lub Wrocławia. Pięknie Pana pozdrawiam. Domyślam się, że teraz, w czasach gdy przy kameralnych widowniach i ograniczonym możliwościach wstępu, będą decydowały osobiste relacje, będzie Panu trudniej.

Tomasz Ignalski

Kategorie
INSPIRACJE

Bajka o mamucie i karuzeli

Niedługo czekano. Gdy opadł kurz i ustało tąpnięcie, podzielono role. Jak zawsze, od wielu księżyców, najsłabszych jaskiniowców wykorzystano w charakterze przynęty. Wybranego mamuta przyciągnęli okrzykami przerażenia i głupimi minami. Bardziej wytrawni myśliwi zasypali osobnika, który zaprzestał żucia trawy i opuścił stado, gradem strzał, włóczniami i czym miał kto pod ręką. Po dokonaniu dzieła, pożywne zwłoki podzielono na mniejsze kawałki i radośnie przetransportowano do wioski.

Ostatni wlókł się mężczyzna dojrzały w latach, lecz wątły i podłego wzrostu. Zawiódł w momencie próby i nie było z niego żadnego pożytku, bo rozprawę z mamutem przeżył skulony w krzakach. Nim cała wspólnota zasiadła do wieczornego grilla, niedojdę wezwał naczelnik wioski, który w kilku słowach, bo mowa jaskiniowców nie była złożona, oznajmił, że kto nie poluje, ten nie je. Negatywnego bohatera mijającego dnia nadal skręcało ze strachu, ale dodatkowo jeszcze z głodu. Oznajmił, że nie ma nic na swoją obronę, może jednak ozdobić wszystkie jaskinie malunkami, upamiętniając po wsze czasy odwagę innych i każdy epizod polowania. Po dłuższym (nieprzesadnie długim, jak to u jaskiniowców) namyśle propozycję przyjęto.

Po tysiącleciach jaskinie zyskały status zabytków, a w miastach i wioskach zbudowano wesołe miasteczka. Mieszkają w nich artyści, iluzjoniści i kuratorzy. Dyrektorom śnią się puste i zimne karuzele, opustoszały diabelski młyn, a najbardziej popularny jest koszmar o salonie krzywych luster, które przeglądają się same w sobie.

Piotr Zaczkowski – Kulturoznawca i kulturopraktyk. Poeta, pisarz. Autor książek, redaktor wydawnictw, recenzent. Człowiek teatru. Związany z ideą Europejskiej Stolicy Kultury w Katowicach. Zarządza instytucją o najdłuższej nazwie: Katowice Miasto Ogrodów Instytucja Kultury im. Krystyny Bochenek. Uprawia autoizolację w mieszkaniu w Chorzowie.

Tekst zamieszczony w pierwszym numerze Pegazy Zarazy Kolejny numer może powstać dzięki pomocy na wspieram.to

Kategorie
WIDEO

„Onlajn”

Twórczość w sieci w czasach pandemii. Zobaczcie Grażynę Bułkę w internetowym serialu realizowanym w czasie zamknięcia teatrów i posłuchajcie jej rozmowy z Janem Jakubem Skupińskim odnoszącej się do tej działalności – podcast „Co gryzie JJa” w Radiu Fajka

Kategorie
OPINIE

Wielkie i małe zaklęcia cz. 1 „Timszel”

„Ręka Li drżała, kiedy napełniał delikatne czareczki. Wychylił swoją jednym haustem. – Czyż pan nie rozumie?! – zawołał. – Amerykańskie tłumaczenie nakazuje ludziom tryumfować nad grzechem, a grzech można nazwać niewiedzą. Przekład króla Jakuba daje obietnicę w słowie „będziesz”, co oznacza, że ludzie z całą pewnością nad grzechem zatryumfują. Natomiast słowo hebrajskie „timszel – „możesz” – daje prawo wyboru. Kto wie, czy to nie najważniejsze słowo na świecie. Mówi ono, że droga jest otwarta. Przenosi odpowiedzialność na człowieka. Bo jeśli „możesz”, to znaczy również, że „możesz nie”. Rozumie pan?” – John Steinbeck „Na wschód od Edenu”

Może nie powinienem tak się cieszyć, bo zaraz powie ktoś – i słusznie – że dla wielu z tych młodych ludzi, pierwsza to i jedna z nielicznych okazji by zetknąć się ze świątynią teatru. Zapewne i moja wrażliwość utkana jest po części z tych spędów i dziecięcych wzruszeń w zaciemnionej sali teatralnej. Wdzięczność dozgonną winien jestem polonistce, która siłą wyrywała nas na spektakle, a skarbnik klasowy notował w zeszycie zebrane drobne na hojne dary kultury.

Wdzięczność przesłania mi obraz z dzieciństwa: Spektakl kostiumowy. Odtwórca głównej roli, szepczący teatralnie piękną staropolszczyzną, zmienia nagle tembr głosu i niczym wytrawny nauczyciel wuefu huczy, że jeśli jeszcze raz dostanie od któregoś gnojka ryżem z rurki, to przerywa spektakl. Znamienne, że ta nieoczekiwana transformacja artystyczna wydarzyła się w miejscu, w którym przyszło mi obecnie pracować (pokuta? – Panie Ty wiesz, że nie ja wtedy z tej rurki!).

Wiele jest dowodów na to, że ma swoją wartość szkoła, która kooperując z instytucją kultury, pokazuje młodym „prawdziwą” scenę, „prawdziwych” aktorów, „prawdziwą” sztukę, „prawdziwą” muzykę (ach, te poranki z filharmonią!). Czy misją edukacji nie powinno być jednak budowanie w ludziach wewnętrznej , autonomicznej potrzeby przeżyć duchowych związanych z kulturą? Tymczasem cała edukacja nastawiona jest na poznawanie zewnętrznego świata, tak jakby ten wewnętrzny nie istniał. Być może dlatego, tak trudno nam dokonywać wyborów, które kierowane są wewnętrznymi pobudkami.

Przed pandemią niemal codziennie pojawiał się u mnie inżynier Mamoń:

„- Będzie kiedyś u Was Podsiadło?

– jest sporo innych dobrych koncertów.

– Ale te nazwiska mi nic nie mówią!”

Kiedy można było jeszcze podróżować po świecie, wiele razy przekonałem się, że w wielu krajach kupowanie biletów z ciekawości oglądania artystów, których wcześniej się nie znało nie jest niczym wyjątkowym. ​

Jaki to ma związek z COVID-19 i słowem „Timszel”?

„Możesz / Musisz”. Znaczenie tych dwóch słów jest zgoła odmienne, a jednak można je pomylić. Hebrajskie „timszel”, pochodzące z Księgi Rodzaju, w większości chrześcijańskich przekładów Starego Testamentu przetłumaczono na „musisz”, podczas gdy powinno to być „możesz, masz zdolność”. Dyskusję na ten temat zainicjował John Steinbeck w swojej powieści „Na wschód od Edenu”.

Świat powinności, nakazów i zakazów może się wydawać bardziej czytelny, poukładany. Jednakowoż podstawą świadomego życia, w tym uczestnictwa w kulturze jest wolność wyboru. Sam decydujesz kiedy i na jaki spektakl, wystawę czy film chcesz się wybrać (chyba, że w czasie kwarantanny zorganizują koncert pod twoim balkonem. Ty nie możesz wyjść, muzyka gra głośno – szach mat!).

Czy ktoś z nas prowadzi na własny użytek statystykę: ilu życiowych wyborów dokonał kierowany wewnętrzną, autonomiczną decyzją, a ile wynikało z powinności, zobowiązań, nakazów? Tekścik ten, jest jednym z nielicznych, jakie piszę bez specjalnego zamówienia, bez obowiązku. Nie goni mnie żaden deadline, zgodnie więc z polską interpretacją Macierzy Eisenhowera, odkładam pisanie na kolejne dni… To popularna praktyka („czwarta ćwiartka – przyjemności, pożeracze czasu – wyeliminuj”). Z tego samego powodu pozostawiamy odmrażanie kultury na czas, kiedy wszystko inne („pamiętajmy o klubach fitness, kosmetyczkach i fryzjerach – one są teraz bardzo potrzebne” ) uda się odmrozić.

„Timszel – znaczy „możesz”

Szwecja nie zamknęła w czasie pandemii sklepów i lokali usługowych. W porównaniu z Polską wprowadziła niewiele ograniczeń. Nie było zakazów poruszania się, kar za łamanie zasad dystansu społecznego, jedynie rady i zalecenia. Brak formalnych restrykcji nie oznacza, że Szwedzi zachowują się jak dawniej. Ulice szwedzkich miast są puste. Ludzie chcą zachowywać się odpowiedzialnie. W mediach nie widać polityków, którzy mówią w jaki sposób możemy dziś żyć. Są specjaliści przekazujący informacje. Kiedy coś jest niepewne – mówią, że nie znają odpowiedzi. Kibicuję Szwedom. Kibicuję wirusowi filozofii „Timszel”.

Kategorie
INSPIRACJE

A po pandemii chodziliśmy na pączki. Amsterdam już wie, jak ugryźć kryzys

Przyszłość Amsterdamu ma smak i kształt pączka z dziurką albo słodkiego obwarzanka – jak pisze na swoim blogu dziennikarz, publicysta i autor właśnie wydanej książki W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata Edwin Bendyk. Miasto, chcąc zapewnić bezpieczeństwo mieszkańcom, postanowiło z pomocą brytyjskiej ekonomistki Kate Raworth z oksfordzkiego Environmental Change Institute opracować nowatorski plan odbudowy po gospodarczym spustoszeniu, jakiego właśnie dokonuje pandemia koronawirusa. Stolica Holandii chce upiec dwa ciastka na jednym ogniu, bo zamierza pogodzić interesy ludzi i planety, dbając o rozwój, dostatek i równość w społeczeństwie przy jednoczesnym zaangażowaniu w ochronę naturalnych ekosystemów i zasobów Ziemi.

Brzmi utopijnie? Być może. Jednak, jak przekonuje w wywiadzie dla „Guardiana” zastępczyni burmistrzyni Amsterdamu Marieke van Doorninck, przyjęty w zeszłym tygodniu model ekonomiczny, który uczyni stolicę Holandii „pierwszym na świecie pączkiem [z ang. doughnut – przyp. red.] miejskim”, to nie tyle „hipisowski sposób patrzenia na świat”, co holistyczna, nowoczesna i uwzględniająca wyzwania społeczne i ekologiczne XXI wieku koncepcja transformacji. „Myślę, że może to pomóc nam przezwyciężyć skutki kryzysu” – stwierdziła samorządowczyni po tym, jak walczący z pandemią koronawirusa urząd miasta oficjalnie ogłosił dokument The Amsterdam City Doughnut jako punkt wyjścia dla kierunku swojej długoterminowej polityki i wizji rozwoju. Nad realizacją i monitorowaniem działania przedsięwzięć zawartych w tym programie będzie czuwać powołana właśnie Amsterdam Donut Coalition, złożona z samorządowców, naukowców i aktywnych działaczy na rzecz miasta, ekologii i dobra społecznego.

– Ludzkości nie stać na dobrobyt definiowany przez współczesną mainstreamową ekonomię. Żyjemy na kredyt, a to oznacza, że zaraz przyjdzie wierzyciel i będzie domagać się spłaty zadłużenia. Tym wierzycielem jest natura, która na razie wysyła pierwszego komornika – koronawirusa. Za chwilę jednak przyjdą kolejni – susza, pożary lasów, kolejne pandemie, a także powodzie. Amsterdam o tym wie. I zdaje sobie sprawę, że ilościowe obliczanie dobrobytu jest złudne, a dalsze zapożyczanie się u Ziemi – niebezpieczne – mówi Edwin Bendyk.

– Warunkiem dobrego życia w oczach Holendrów przestaje być zasobność portfela. Zamiast tego chcą oni postawić na wysoką jakość usług publicznych oraz zaspokojenie podstawowych potrzeb społecznych. Widząc, że w wyniku pandemii grunt stabilności osuwa się pod wszystkimi, Amsterdam przymierza się do głębokich przemian gospodarczych, by nie zmarnować kryzysu i potraktować go jak próg wejścia w nowy ład – dodaje nasz rozmówca.

Przepis na ekosocjalizm:

Doughnut economics opiera się na odrzuceniu dotychczasowego wyobrażenia o dobrobycie, możliwym do osiągnięcia wyłącznie dzięki nieustannemu wzrostowi gospodarczemu i działaniom podporządkowanym prawom popytu i podaży. Autorka koncepcji, Kate Raworth, już w 2012 roku w artykule opublikowanym przez Oxfam Bezpieczna i sprawiedliwa przestrzeń dla ludzkości, a 3 lata później w głośnej książce Doughnut Economics: Seven Ways to Think Like a 21st-Century Economist przekonywała, że globalna gospodarka może dobrze prosperować, gdy oprze się ją na innych niż dotychczas paradygmatach, a dokładniej na fundamentach społecznych, mieszczących się w ramach tzw. pułapów ekologicznych.

Te zależności obrazuje okrągły diagram przypominający kształtem amerykański pączek z otworem w środku, gdzie wewnętrzny pierścień wyznacza minimum niezbędne dla ludzi do prowadzenia dobrego i bezpiecznego życia. Mowa o podstawowych zasobach, do których – jak sugeruje Organizacja Narodów Zjednoczonych w Celach Zrównoważonego Rozwoju 2030 – powinien mieć dostęp każdy człowiek na świecie. Tymi standardami są m.in. pożywienie, czysta woda, dach nad głową, odpowiednie warunki sanitarne, edukacja, opieka zdrowotna, a także równość płci, sprawiedliwość społeczna oraz głos polityczny.

Z kolei zewnętrzną część ekonomicznego ciastka tworzą bariery ekologiczne, których ludzkość – jeśli chce uniknąć katastrof – nie powinna przekraczać. Raworth wymienia tutaj 9 granic planetarnych (np. zmiany klimatyczne, zanieczyszczenie powietrza, utrata bioróżnorodności i zakwaszenie oceanów), powołując się na termin ukuty w 2009 roku przez szwedzko-amerykański duet naukowców, Johana Rockströma i Willa Steffena.

Clou teorii brytyjskiej ekonomistki tworzy to, co znajduje się pomiędzy środkowym a wierzchnim obwodem obwarzanka, a więc przekonanie, że bezpieczeństwo ludzkości jest zależne od stanu planety i musi być oparte na nowoczesnym myśleniu o procesach ekonomicznych.

„Gospodarka to dynamiczny system, podlegający ciągłym przekształceniom – nie mamy tu do czynienia ze stałymi prawami, lecz ze sposobem zaprojektowania. W XXI wieku jej szkieletem powinna być kwestia regeneracji ekosystemów – tak, aby nasze zużycie materiałów czy energii odbywało się w ramach cykli ekosystemowych oraz w obrębie wyznaczanych przez nie granic. Musi mieć również charakter redystrybucyjny, aby dynamika rynków nie prowadziła do koncentracji bogactwa i zysków w rękach jednoprocentowej mniejszości (tak jak to się dzieje obecnie), lecz dzieliła je w bardziej równomierny sposób” – mówiła Kate Raworth w zeszłym roku w wywiadzie, który mogliście przeczytać na łamach Krytyki Politycznej.

– To nie aberracja, lecz przełożenie socjaldemokratycznego języka na czasy kryzysu ekologicznego. Propozycje Raworth nazwałbym rodzajem ekosocjaldemokracji albo ekosocjalizmu, które dzisiaj wielu mainstreamowcom i ortodoksyjnym ekonomistom wydają się absurdalne. Zupełnie tak samo, jak pod koniec lat 60. traktowano postulaty Friedmana i Hayeka, które są przecież podstawą współczesnych gospodarek. Dziś ponownie trzeba dokonać otwarcia horyzontu intelektualnego i normalizacji myślenia ekosocjalistycznego jako systemu społecznej sprawiedliwości oraz odpowiedzialności przyrodniczej. Taki właśnie cel ma doughnut economy – twierdzi Edwin Bendyk.

Globalnie i lokalnie:

Choć w założeniu Raworth pączek miał odpowiadać na międzynarodowe, globalne potrzeby zmian, do ekonomistki napływało mnóstwo pytań o to, czy model da się zastosować przez mniejsze podmioty – takie jak region czy miasto. W przypadku Amsterdamu, który jest pierwszym ośrodkiem sięgającym po doktrynę ekonomicznego ciastka, praca nad strategią odbywała się w ramach konceptualnej kooperacji m.in. z popularyzatorką biomimikry (biomimetyki) Janine Benyus.

„Staraliśmy się połączyć esencję naszych przeciwstawnych sposobów myślenia o ludziach i miejscu” – pisze na swoim blogu Kate Raworth. „Rezultatem jest całościowe podejście, które obejmuje perspektywy społeczne i ekologiczne, zarówno lokalnie, jak i globalnie. Stosowane na skalę miasta, zaczyna się ono od zadania pytania na miarę XXI wieku: »Jak nasze miasto może stać się domem dla rozwoju ludzi w rozwijającym się miejscu i szanować przy tym dobrobyt całej ludzkości i zdrowie całej planety?«” – wyjaśnia autorka Doughnut economics.

Amsterdam poszedł dalej i tak sformułowane pytanie podzielił na 4 kategorie obszarów działania miasta – lokalno-społeczny (np. zapewnienie dobrej i bezpłatnej opieki medycznej mieszkańcom), globalno-społeczny (np. import produktów pozyskanych etycznie), lokalno-ekologiczny (np. inwestycja w „zieloną” infrastrukturę miejską) i globalno-ekologiczny (np. wyzerowanie emisji gazów cieplarnianych). Dzięki tym narzędziom, nazywanym też soczewkami, przez które holenderska metropolia może się sobie wnikliwie przyjrzeć, stworzono publiczny portret miasta, który następnie został przekształcony w „selfie”, pokazujące „doświadczenia mieszkańców, ich wartości, nadzieje i obawy, pomysły i inicjatywy, a także własne zrozumienie głębokich powiązań z resztą świata”.

Pączek staje się również odpowiedzią na jeden z najbardziej palących problemów współczesnych miast – mieszkalnictwa i drastycznie rosnących cen nieruchomości uważanych dziś za najbardziej opłacalną inwestycję. Wykupowanie całych kwartałów ziemi w największych metropoliach w celu upłynnienia kapitału sprawia, że rynek mieszkaniowy rządzi się absurdalnymi prawami. Problemem jest bezdomność, która w od 2009 do 2018 roku wzrosła dwukrotnie, jak również zalew mieszkań z krótkim terminem wynajmu (Airbnb) oraz bardzo wysokie czynsze.

Z danych miasta, na które powołuje się „Guardian”, aż 20 proc. wynajmujących nie jest w stanie zaspokoić swoich podstawowych potrzeb po opłaceniu mieszkania. Lokale socjalne otrzymuje zaś jedynie 12 proc. z ok. 60 tys. wniosków rozpatrywanych w tej sprawie. Amsterdamczycy po opłaceniu czynszu ledwie wiążą koniec z końcem. To duży, namacalny problem społeczny, którego w zamożnej i wiele znaczącej na świecie metropolii nie powinno być. Model ekonomiczny Raworth zakłada, że dach nad głową jest podstawowym standardem, który miasto powinno gwarantować mieszkańcom.

Wolność, współpraca i kasa:

Trzeba przy tym pamiętać, że choć Amsterdam ma duże i innowacyjne ambicje, do realizacji swoich przedsięwzięć przygotowywał się od dekad. Posiada też odpowiednie warunki pozwalające na skuteczne przeprowadzenie rewolucyjnej transformacji. W grę wchodzą także pieniądze. Nie można bowiem zapominać o tym, że stolica Holandii jest bardzo bogatym miastem, jak również jedną z metropolii o najsilniejszym znaczeniu globalnym, między innymi z uwagi na swoje porty lotnicze i morskie, które obsługują światowy rynek rolniczy i giełdę kwiatową o równie szerokim zasięgu.

– To, co Amsterdam robi teraz – jest kontynuacją ścieżki obranej w przeszłości i nowatorstwa w myśleniu, któremu Holendrzy po raz pierwszy dali wyraz już pod koniec XVI wieku – mówi Edwin Bendyk.

To wtedy rozpoczął się kryzys przez historyków nazywany ogólnym lub globalnym, jak w książce Geoffreya Parkera, który wskazuje, że głównym powodem tych zmian – głodu, wojen, upadku wielu państw i wspólnot – były konsekwencje ochłodzenia klimatu. Analogii we współczesności nie trzeba więc zbyt długo szukać, bo znów stajemy przed zagrożeniami, na które Holendrzy odpowiadają szybciej i inaczej niż reszta świata.

– Oni już 400 lat temu mocno uciekli do przodu. Zamiast utrwalać dotychczasowe ścieżki wydeptali własną – dodaje Edwin Bendyk. – Poszli w mieszczaństwo, naukę, wolność myślenia. Zbudowali podstawy nowej cywilizacji, która okazała się potem kapitalizmem. Z głodem wynikającym ze zmiany warunków klimatycznych też sobie poradzili, m.in. dzięki intensyfikacji i transformacji rolnictwa. Produkty niskiej wartości importowali z zagranicy (m.in. z Rzeczpospolitej), a sami przestawili się na hodowlę bydła czy tulipanów, czyli to, co bardziej opłacalne. Dzisiaj Holandia – kraj niewiele większy niż Mazowsze – jest drugim po USA eksporterem żywności na świecie – dodaje nasz rozmówca, wskazując też na ogromne przywiązanie Holendrów do wolności obywatelskich oraz dużą świadomość zależności od przyrody.

– W funkcjonowanie i charakter Amsterdamu wpisuje się więc głęboki szacunek dla indywidualizmu jednostki i otwarcie na wszystkie awangardowe choćby z polskiego punktu widzenia rozwiązania dotyczące obyczajowości, życia społecznego czy praw człowieka, takich jak legalizacja miękkich narkotyków, prostytucji, eutanazji czy małżeństw jednopłciowych. Z drugiej strony Holendrów (nie tylko tych ze stolicy) cechuje silny i niepowtarzalny duch współpracy, którego nie da się znaleźć nigdzie indziej i nazwać – ani klasycznym socjalizmem, ani podręcznikowym liberalizmem. Przede wszystkim jednak mieszkańcy Amsterdamu myślą prospektywnie – jako obywatele miasta położonego nad morzem i od żywiołu uzależnionego – o konsekwencjach zmian klimatycznych. Im nie trzeba tłumaczyć, że w ciągu stu lat poziom oceanów podniesie się o pół, a nawet dwa metry. Wiedzą, jakie są koszty i poważnie traktują kwestie związane ze środowiskiem – tłumaczy Edwin Bendyk.

Zachodni postmaterializm:

Bendyk wskazuje, że metropolia od lat szukała rozwiązań, które odpowiadałyby na wyzwania środowiskowe, a od co najmniej dekady pracuje nad realizacją tzw. circular economy, czyli ekonomii działającej w obiegu zamkniętym. Miasto, ale i cała Holandia, dąży do tego, by łańcuch wytwarzania dóbr i usług nie tyle korzystał z recyklingu, co minimalizował generowanie odpadów niemal do zera, tak jak dzieje się to w naturze.

– To konsekwencja już wcześniej wypracowanej strategii – biomimikry, którą widać zarówno w projektowaniu procesów miejskich, jak i miejskiej infrastruktury w taki sposób, by nie zacierać granicy pomiędzy tym, co miejskie, a tym, co naturalne. Mieszkańcy i władze Amsterdamu uważają, że miasto jest częścią ekosystemu, a nie czymś wyodrębnionym. Musi więc działać na podobieństwo przyrody. Teraz, dzięki doughnut economy, która jest syntezą ich myślenia, mogą z powodzeniem realizować swoją wizję, bo to, co proponuje Raworth, całościowo spina cel społeczny z celem ekologicznym – zauważa Edwin Bendyk i dodaje, że projekt amsterdamskiego pączka ma dużą szansę na powodzenie również ze względów demograficznych.

Holandia bowiem jest starzejącym się społeczeństwem, które wchodzi w fazę wzrostu postmaterialnego i dociera do podobnego momentu, w jakim Japończycy znaleźli się w latach 80., czyli stagnacji sekularnej.

– Brak wzrostu gospodarczego nie musi być jednak złą wiadomością dla społeczeństwa. Czynniki makroekonomiczne może i staną w miejscu, ale to nie przekreśla szans na dobre życie. Prawdą jest, że starsi mieszkańcy konsumują mniej dóbr materialnych, ale potrzebują jednocześnie więcej usług medycznych, opiekuńczych itp. – w sferze niematerialnej. Kontekst starzenia się zmienił sytuację w zasadzie w całej Europie, więc wiele wskazuje na to, że trzeba będzie ten właśnie aspekt wziąć pod uwagę przy projektowaniu przyszłości. W takim społeczeństwie jest zresztą łatwiej przestawić się na doughnut economics, bo uwzględnia ona potrzeby starszych ludzi. Na pewno więc spotka się ze znacznie mniejszym oporem niż chociażby w Indiach, gdzie 600 mln ludzi to ci, którzy nie przekroczyli 25. roku życia – tłumaczy Edwin Bendyk.

Z tej perspektywy ekonomia pączka może wydawać się zachodniocentryczna, zwłaszcza że pośrednio odwołuje się do założeń Europejskiego Zielonego Ładu i dyskusji o jego amerykańskiej wersji. Z drugiej strony Raworth sięga po wartości globalnej sprawiedliwości społecznej, która staje się obecnie jednym z głównych obok zmian klimatycznych wyzwań współpracujących ze sobą rządów i wymaga od krajów rozwiniętych odpowiedzialności za ich działania (uczestnictwo w nieetycznej masowej produkcji, przyczynianie się do wyzysku, emisja CO2) i wpływ na sytuację biedniejszych sąsiadów. Sytuacje takie jak trwająca obecnie pandemia również pokazują, że kryzysy nie uwzględniają podziałów i granic.

– Wprawdzie najbardziej uderzają w najuboższych, ale bogaci też na nich tracą. Dlatego tak konieczna jest ogólnoświatowa zmiana paradygmatów – mówi Bendyk. – Oczywiście możemy ignorować szanse na przeobrażenia, jak większość ekonomistów i polityków, którzy twierdzą, że trzeba wrócić na ścieżkę wzrostu finansowego, wyrażonego ekspansją kredytową i monetarną. Wtedy jednak dojdziemy m.in. do kresu energetycznego.

Musimy sobie zdać sprawę, że gospodarka w obecnym kształcie nie przetrwa, nie wróci żadna „normalność” sprzed pandemii. To trudne, bo znajdujemy się w sytuacji, w której po prostu mówimy alkoholikowi, że trzeba odstawić butelkę i zacząć żyć na herbacie. Czy chcemy w to wierzyć, czy nie, jako ludzkość końcu dojdziemy do ściany – pytanie, kiedy to się wydarzy i czy chcemy z tą przeszkodą uporać się w sposób kontrolowany, jak czyni to właśnie Amsterdam, czy też w katastroficznych warunkach – podsumowuje nasz rozmówca.

Tekst zamieszczony na stronach Krytyki Politycznej

Paulina Januszewska – dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.

Kategorie
INSPIRACJE

Domowa izolacja

My wife hates it when I work from home – takim komentarzem opatrzył jedno ze swoich ostatnich dzieł znany streetartowy artysta. Banksy, bo o nim mowa, wypowiedział się na temat domowej izolacji, której musi przestrzegać dziś większość z nas.

View this post on Instagram

. . My wife hates it when I work from home.

A post shared by Banksy (@banksy) on

To nie jedyna praca artysty odnosząca się do epidemii, z którą walczy cały świat. Odniósł się także do roli służb medycznych stojących na pierwszej linii frontu walki z chorobą, przedstawiając w roli superbohaterki pielęgniarkę.

Więcej na ten temat: https://papaya.rocks/pl/news/banksy-takze-pracuje-w-domu-a-jego-zona-nie-znosi-juz-obecnosci oraz https://papaya.rocks/pl/news/pielegniarka-jako-superbohaterka-banksy-odslania-kolejna-pra

Kategorie
OPINIE

Kultura w czasie epidemii koronawirusa: kto sobie radzi najlepiej

Dotyczy to także tych „szczęśliwców”, którzy znaleźli zatrudnienie w publicznych instytucjach kultury. Iluż aktorów teatralnych, muzyków filharmonicznych czy animatorów zostało pozbawionych właściwych dodatków do marnych podstaw swoich pensji, które były wypłacane proporcjonalnie do zagranych koncertów, spektakli czy projektów edukacyjnych.

Mimo to, zarówno instytucje, jak i artyści podjęli się zadania twórczego zaistnienia w sieci. Przyglądam się, jak poszczególne podmioty sektora kultury radzą sobie podczas kwarantanny, jak się przygotowują do kryzysu, który niewątpliwie dotknie zwłaszcza sektor kultury instytucjonalnej po epidemii, jak postrzegają i realizują służbę publiczną w obecnych warunkach.

Dostrzegam, że – podobnie jak w sferze oświaty – najlepiej sobie radzą te instytucje, organizacje i poszczególni artyści, którzy ze swoją publicznością zbudowali dobre relacje. To relacje okazują się w czasach epidemii i następującego po niej kryzysu kluczowe nie tylko w kontekście utrzymania ciągłości prowadzonej działalności, ale bywa, że wprost wpływają na możliwości zarobkowe. Zwłaszcza artystów.

Proszę zerknąć na zbiórki w serwisie Patronite i porównać, kto ma bardziej zaangażowaną publiczność i fanów gotowych zapłacić swemu idolowi choć symboliczny grosik. To wszystko daje mi także osobistą satysfakcję jako głosiciela przed kilkunastu laty konieczności budowania społeczności wokół instytucji i takiego ich programowania, by zacieśniać relacje ze swoją publicznością. Patrzę z zadowoleniem na to, jak wiele z publicznych instytucji realizuje tę ideę w różnych formach. Z drugiej strony, te instytucje, które nie zbudowały właściwych relacji w czasach prosperity, czas epidemii starają się wykorzystać na zbudowanie owych. I nie jest to marginalne zjawisko.

Z tej perspektywy, a także mojego znacznego fizycznego oddalenia od Ziemi Lubuskiej spoglądam czasami na ten przepiękny region i zerkam, jak radzi sobie załoga Filharmonii Gorzowskiej, gdzie miałem zaszczyt przez bez mała trzy ostatnie lata służyć publiczności. Bardzo jestem zbudowany tym, jak zespół specjalistów i artystów odnajduje się w tej trudnej – zwłaszcza dla muzyków – sytuacji.

Fragment tekstu zamieszonego na stronie gazetalubuska.pl

Mariusz Wróbel były dyrektor Filharmonii Gorzowskiej, obecnie szef pierwszej w Polsce prywatnej sali koncertowej Cavatina Hall w Bielsku-Białej